2-Rozwój duchowy a wolność doktrynyRozwój duchowy a wolność i doktrynyCieszę się ogromnie, że są oto takie miejsca gdzie brać "poszukująca" może swobodnie wymieniać swoje dociekania i poglądy na nurtujące je tematy i inspirować się wzajemnie. Wypowiedzi innych czasem nas nieco dziwią, czasem poruszają, czasem smucą a czasem wręcz radują, ale zawsze - inspirują nas do poszukiwania w sobie WŁASNEGO, intuicyjnego stanowiska wobec dyskutowanych kwestii, stanowiska, które będzie oczywiście adekwatne do naszego indywidualnego etapu ewolucji duszy i związanej z tym etapem, dostępnej nam świadomości - a więc jak najbardziej "odpowiedniego" i "doskonałego" rozumienia dla każdego z nas z osobna w danym momencie. Nie zamierzam osobiście osądzać tu innych. Myślę, że osądzanie innych jest nie tyle nawet "niewłaściwe", co zwyczajnie nie ma sensu, bo każdy z nas jest przecież po prostu na innym etapie wędrówki duszy do Prawdy, Wolności i Miłości - do Boga i swojej bliskiej, autentycznej relacji z Nim; A każdy etap jest zwyczajnie potrzebny i wręcz konieczny - nie da się żadnego pominąć; Trzeba wszystkiego doświadczyć, by móc wyciągnąć własne wnioski i móc posuwać się dalej i dalej w sposób świadomy, z własnej woli, idąc za swoim pragnieniem z chęcią i z radością. Każdy etap jest nieuniknionym, niezbędnym i równie ważnym elementem ewolucji duszy - tak jak fazy rozwoju kwiatu od pączka do pełnego jego rozkwitu, jak fazy rozwoju dziecka od niemowlęcia do dorosłości i dojrzałej osobowości - to naturalne, zdrowe i w tym jest zawarta wielka mądrość Stwórcy i całego Jego dzieła stworzenia.
Wymaga to jedynie po prostu zrozumienia, akceptacji i cierpliwości oraz zawierzenia się Prowadzeniu Bożemu w realizacji wszystkich najgłębszych pragnień naszej duszy. Nie oznacza to wcale, że wystarczy się położyć i czekać na oświecenie - to byłaby postawa bycia "letnim" (na co właśnie zwracał szczególną uwagę Jezus), pasywnym, biernym, życia w stagnacji, bez pasji i bez pragnień, które nie ma wiele wspólnego ze świadomym wejściem na ścieżkę rozwoju duchowego. Ale kiedy już dusza nasza dojrzeje do odgrzebania głęboko zakorzenionego w nas, zasianego w nas dawno, od zarania - naszego pragnienia odkrywania i budowania w pełni Wolności naszej bezpośredniej i bliskiej, szczerej i serdecznej, pełnej pasji Miłości i Ufności naszej relacji z Bogiem i kiedy zdecydujemy się zrobić wszystko dla realizacji tego pragnienia, kiedy zdecydujemy się włożyć "nasze 100%" - reszta zostanie nam "dodana" przez Boga. Powstaje tu, rzecz jasna, pytanie zasadnicze - Czym jest owo "nasze 100%"? Wiąże się to z przekraczaniem bariery lęku przed konfrontacją z Prawdą o sobie i o otaczającym nas świecie, jak również - z lękiem przed zmianą w nas tej percepcji siebie, świata i Boga oraz - przed koniecznością zmian w naszym życiu, jako dalszej, naturalnej konsekwencji naszej zmiany wewnętrznej. "I poznacie Prawdę, a Prawda was wyswobodzi" - zapowiadał Jezus (J.8,32). Wbrew pozorom, taka autentyczna konfrontacja z Prawdą o sobie i swoich prawdziwych motywacjach działania (dotyczy to także oczywiście działania w kierunku rozwoju wewnętrznego!) niesie w sobie zawsze ogromne ryzyko utraty dotychczasowej równowagi, jako-takiego poczucia bezpieczeństwa i własnego poczucia wartości, które sobie latami wypracowywaliśmy, posługując się różnymi wewnętrznymi mechanizmami obronnymi; Psychologia zidentyfikowała dotychczas ponad 200 tego typu mechanizmów obronnych - stosowanych podświadomie przez nas "wybiegów" potrzebnych nam i niezbędnych wręcz w celu "przetrwania", tak w dzieciństwie jak i później w dorosłości, dopóki nie dojrzejemy wewnętrznie do tego, aby się z tym wszystkim zmierzyć świadomie. Dopóki nie dojrzejemy do tego - żyjemy w iluzji na temat siebie i świata, w błędnej percepcji siebie i świata oraz swojej relacji ze światem i z Bogiem, będąc wciąż nieświadomie niewolnikami swoich - bardzo głębokich i dalekosiężnych nieraz - "zakręceń", zranień etc. Ludzie nie posiadający autentycznej wiary w Miłość i Prowadzenie Boga, Jego naturalną akceptację i oczywiste rozumienie naszej drogi ewolucji duszy jak i wszystkich możliwych płynących stąd skutków i "efektów" związanych z kolejnymi etapami rozwoju naszej duszy - nie są w stanie odnaleźć swojego poczucia wartości w swym boskim pochodzeniu i relacji z Bogiem jako te zawsze kochane i rozumiane przez Niego Jego dzieci. Aby więc przetrwać w jako-takim zdrowiu/komforcie psychicznym usiłują oni zatem niestrudzenie budować swoje poczucie własnej wartości w oparciu o akceptację i szacunek lub podziw innych, próbując przez całe życie "być kimś" - budują kosztem wielu wyrzeczeń i nakładanego sobie jarzma, oraz mozolnej pracy nad sobą, swój "pozytywny wizerunek" - czy to popularnej osobistości, człowieka wiedzy czy władzy, różnego rodzaju możliwości i tzw. sukcesu, czy to pilnego, lojalnego i często - nadgorliwego ucznia i wyznawcy jakiejś (najlepiej - znanej i szanowanej) doktryny, religii czy szkoły rozwoju wewnętrznego etc. Zdarza się, że ludzie tacy podejmują czasem z rozmaitych powodów i motywacji różnego rodzaju psychoterapie, które zaczynają przybliżać ich do Prawdy o ich historii życia i o ich prawdziwych motywacjach działania, odzierając ich z kolejnych warstw iluzji. Jeśli nie nastąpi w tym momencie przesunięcie punktu oparcia (dla poczucia własnej wartości) z własnego "pozytywnego wizerunku" na oparcie się na fundamencie autentycznej, bliskiej, bezpośredniej relacji z Bogiem, Jego pełnej akceptacji, zrozumieniu i bezgranicznej, bezwarunkowej Miłości do każdego swego dziecka, na każdym jego etapie rozwoju, to wówczas człowiek taki dochodzi do punktu krytycznego grożącego w najgorszym razie destrukcją psychiczną, a w najlepszym razie - stagnacją i zatrzymaniem się na pewnym, akceptowalnym dla niego, możliwym do "wytrzymania" poziomie prawdy o sobie i swoich prawdziwych motywacjach działania. Ale kiedy odkrywamy wreszcie, że nasza WARTOŚĆ jest przyrodzonym nam, bezwarunkowo nam ofiarowanym i zagwarantowanym na zawsze darem Boga, niezależnie od naszego etapu rozwoju i wynikającego z niego poziomu świadomości, naszych słabości i "niemożności", naszego działania na dostępnym nam w danej chwili poziomie, wówczas przestajemy zaciekle i z mozołem walczyć o swój doskonały i nieskazitelny wizerunek, a to "dołując" siebie czasem, a to kiedy indziej popadając w pychę i wynosząc się nad innych... Zarzucamy swoje dotychczasowe mozolne zmagania i walkę ze sobą, napędzającą nam dotąd ciągły niepokój i lęk przed jakąś "wpadką" czy "obsuwą". Przypomnijmy sobie znów tutaj radość ojca ze świadomego wyboru powrotu syna "marnotrawnego", byłego rozpustnika i utracjusza oraz postać jego brata - małostkowego, zawistnego o miłość ojca i rozżalonego, nie rozumiejącego nic, syna wiecznie "grzecznego", próbującego wszak zawsze zasłużyć i zapracować sobie mozolnie na miłość ojca - być może różnymi wyrzeczeniami, ofiarami, karnością etc... "Miłosierdzia chcę, a nie ofiary" (Mat.9,13). Kiedy więc wreszcie odkryjemy źródło i fundament naszej własnej Wartości, oparty na naszej bliskiej relacji z Bogiem - porzucamy "mozół", odkrywając, że jest on po prostu niepotrzebny ani Bogu, ani nam samym, i zaczynamy żyć "na luzie", lekko i radośnie, z pasją, z akceptacją i miłością dla innych i dla siebie, a stare nawyki w naszych relacjach z ludźmi, dawne przyzwyczajenia, przywiązania i poglądy -okazują się również zupełnie niepotrzebne. Ta zmiana to "efekt uboczny" zmiany fundamentu, na którym wspiera się nasze podstawowe Poczucie Wartości. Myślę bowiem, że w rozwoju duchowym chodzi tak naprawdę nie tyle o poskramianie umysłu czy narzucaną sobie ascezę, co raczej - o uwolnienie się od kontroli racjonalnego umysłu na rzecz otwarcia się na głos serca i uzdolnienie go z czasem do bezwarunkowej miłości i akceptacji - wszystko inne znajdzie się wówczas "na swoim miejscu" jako produkt czy efekt "uboczny". Wspomnijmy tu sobie choćby zalecenie Św. Franciszka: "Kochaj i rób co chcesz". Przeczuwam też, że rozwój duchowy nie ma wiele wspólnego z doktrynami, jarzmem, morderczymi praktykami, wyrzeczeniami czy usuwaniem pragnień. I to jest właśnie branie odpowiedzialności za swoje własne życie; Żyjąc pod dyktando innych ludzi i cudzych recept, nie zrealizujemy nigdy w pełni naszych zadań ukrytych w naszych głęboko zasianych pragnieniach. W rozwoju duchowym nie chodzi o nałożenie na siebie jarzma morderczych praktyk i wyrzeczeń, usuwania pragnień... Przypomnijmy sobie symboliczną przypowieść z jednej z książek Antony de Mello o tym jak człowiek chciał, "w dobrej wierze", przyspieszyć i ułatwić rozwój motyla - chuchał na poczwarkę przepoczwarzajacą się powoli, swoim naturalnym rytmem, w motyla, aż niegotowa i poganiana na siłę - umarła... Wszystko ma swój czas i miejsce. Wielu z nas czuje się po prostu bezpieczniej i bardziej komfortowo wśród tych z nas "pracujących na podobnej fali", ale mam głębokie przeczucie wewnętrzne, że jesteśmy tu wszyscy na ziemi wymieszani i splątani losami nieprzypadkowo - po to mianowicie, abyśmy się nie izolowali i nie wynosili nad innych, ale dzielili się światłem z każdym, kto może zaczynać być gotowy na poszukiwanie go, jak również i z tymi, którzy nie są jeszcze gotowi, ale być może mają zacząć już dostrzegać wymiar duchowy, choć na razie nie rozumieją i boją się go, odrzucają i wykpiwają głośno... Każdy z nas wie, jak trudno jest nam czasem obcować z nimi w bliskości, dlatego wielu z nas ucieka często od tego wyzwania i odsuwa się od nich, wybierając "swój" krąg. Byłoby z kolei naiwnym i idealistycznym twierdzić, że wszyscy "oni" lgną za to do "nas", bo wyczuwają jakąś naszą pozytywna energię czy też dostrzegają światło... Ich lęk przed indywidualną, samodzielną drogą i nasza odmienność wywołuje raczej często sporą dozę wrogości i pogardy dla "nas". Nie dziwmy się temu - przypomnijmy sobie wszakże, że tłum wolał uwolnić rzezimieszka Barabasza, a skazać na śmierć Jezusa - za Jego odmienność i pomimo jego charyzmy, która dla nich nie była jeszcze widocznie w ogóle dostrzegalna. Ale dla każdego wszakże nadejdzie w końcu odpowiedni czas na przebudzenie się jego duszy. "Nikt nie może przyjść do mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec..." (Jan 6,44). W końcu i tak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu - w naszym ezoterycznym rozumieniu - do szczytu góry /do końca drogi/ do Boga... Kiedy uczniowie donieśli swemu mistrzowi, że oto kręcą się w pobliżu tacy, co "nie są z nami, a głoszą etc.", On nie potępił ani nie osądzał ich w żaden sposób - wręcz przeciwnie:... "Nie zabraniajcie. Bo kto nie jest przeciwko nam, ten jest za nami". (Mat. 9,39-40) "Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje, a kto szuka, znajduje, a kto kołacze, temu otworzą" (Mat.7,7-8) Wiele wskazuje na to, że jest tak, że nasze dusze wchodząc na drogę rozwoju duchowego zaczynają na początku iść śladem pewnych gotowych, sformułowanych przez innych "recept" - przechodząc na różnych etapach swej ewolucji duszy przez rozmaite wypróbowane już przez innych ścieżki - w zależności od zapotrzebowania na dane doświadczenia duszy i osiągnięty poziom świadomości. Przeczuwam też, że wielce prawdziwe jest twierdzenie, że w miarę posuwania się w naszym rozwoju duchowym dostajemy od Boga - napotykamy na swojej drodze - różnych swoich nauczycieli i mistrzów odpowiednich dla nas na danym etapie - kolejnych mistrzów prowadzących nas coraz dalej, aż ku samodzielności w rozeznawaniu Prowadzenia Bożego na swojej indywidualnej drodze. Jak wiadomo jednak - i nie zapominajmy o tym! - jest też wokół nas wielu mistrzów i proroków fałszywych. Dla wielu z nas wciąż rozeznanie co do tego przedstawia ogromny problem. Są jednak oczywiście rozmaite aspekty ich "prowadzenia", po których można ich rozpoznać: "Po ich owocach poznacie ich". (Mat.7,16). Dusza może więc zapewne ugrzęznąć nieraz na dłuższy lub krótszy czas w koleinach i okowach rozmaitych doktryn i nauczycieli, kosztem ZAPARCIA się SIEBIE i WYRZECZENIA się najwspanialszych boskich darów, w jakie została wyposażona - swojej głębokiej tęsknoty i swego prawa do swojej WOLNOŚCI w rozeznawaniu swojej Własnej Drogi i własnego Bliskiego Kontaktu z Bogiem, jak i swoich Pragnień głęboko zasianych w naszych duszach przez Boga. Jest oczywistym wszakże, że niewolnik nie wie, co to jest Wolność i Bezwarunkowa Miłość - zna jedynie dopiero zależność, podporządkowanie, posłuszeństwo, lojalność i wierność ze strachu, a przy tym - nie zdaje sobie sprawy ze swej kondycji ubezwłasnowolnionego niewolnika... Możemy oczywiście stwierdzić tu obiektywnie, że w tym sensie właśnie także Kościół Katolicki (i nie on jeden!) buduje mur pomiędzy Człowiekiem i Bogiem, po to by uzasadnić swoją rację bytu i swoją - rzekomo - niezastąpioną rolę, posiadając jako jedyny "pełnię środków zbawienia" ("Przekroczyć Próg Nadziei" - Jan Paweł II) Nie oferuje też dlatego rozwoju duchowego, prowadzącego nieuchronnie do samodzielności i bezpośredniej relacji Człowieka z Bogiem. Ale nie zapominajmy wszakże, że wciąż bardzo wielu z nas nie jest widocznie gotowych jeszcze do samodzielnych ścieżek rozwoju duchowego i potrzebuje nadal prowadzenia za rękę, instrukcji, wytycznych i recept, kija i marchewki, zachęty i nagany - jak małe dziecko, które samo jeszcze nie rozeznaje... Myślę, że dopóki dusza potrzebuje drogowskazów i gotowych, sprawdzonych przez innych recept - "podłącza" się do tych ścieżek i nurtów, chętnie podpisuje się pod różnymi szyldami, karmiąc jeszcze wciąż przy okazji swoje Ego - zaspakajając swoją potrzebę poczucia wartości poprzez identyfikację najczęściej ze znanym, "zacnym", szanowanym, uświęconym przez długą i znaną tradycję, liczebnie się liczącym kierunkiem... Przychodzi wreszcie jednak taki etap, kiedy dusza nabiera świadomości tego i intuicyjnie zaczyna się "odklejać" i odrywać od dotychczas ślepo wyznawanych doktryn i wiernopoddańczego stosunku do mistrzów, którzy byli jej na początku drogi absolutnie niezbędni, a później - stawali się powoli już jedynie mniej czy bardziej pomocni w poszukiwaniu WŁASNEJ DROGI w danym okresie czasu i miejscu. Rozwój duchowy to właśnie w tym sensie wzięcie odpowiedzialności na siebie... AstralDynamics - www.new-ad.pl |