www.astraldynamics.pl - portal - forum
niedziela, 13 października 2019
» Strona główna   » Działy   » Odsyłacze   » Do pobrania   » Czat   » Szukaj  
Newsletter

E-mail:





Losowy cytat:

Każda ludzka istota na Ziemi ma dwoje nauczycieli: siebie samą i los.

» Franz Bardon



01-Część Pierwsza - Niektóre doświadczenia
Jesteś w: Działy » Rozwój duchowy » Pierwsze kroki ku miłości

Część pierwsza - Niektóre doświadczenia

  • Doświadczenia zazen
  • Mistrz w krótkiej szacie
  • Kosmos i ludzie stamtąd, wejście w strefę Wegi
  • Wizja Boga
  • Trzej Mistrzowie w jaskini
  • Przygoda ze śmiercią
  • Boskie Światło
  • Korzyści z zapisywania dialogów

Doświadczenia zazen

Już jako dziecko byłem religijny, z upodobaniem budowałem małe ołtarzyki Jezusowi i przynosiło mi to dziwne zadowolenie, bardzo mnie to wtedy bawiło. Jako nastolatek znalazłem fascynujące książki na temat Raja Jogi, między innymi doktora R. S. Mishra "Podstawy Jogi Królewskiej" ("Fundamentals of Yoga"), ale tak na poważnie zająłem się medytacją, mając blisko piętnaście lat.
Pomimo wszelkich ostrzeżeń, jakie można znaleźć w każdej dobrej książce o medytacji, że w żadnym wypadku nie należy podejmować praktyki medytacyjnej na własną rękę, temat tak mnie pociągał, że podjąłem samodzielną praktykę polegającą na ćwiczeniach oddechowych i skupianiu uwagi. Nie przypominam sobie żadnych interesujących doświadczeń z tego okresu.

Jakieś dwa lata później zaczął być modny buddyzm Zen i wpadła mi w ręce książka sensei Philipa Kapleau o zazen. Rodzina goniła mnie do nauki, więc rozkładałem książki i siadałem do zazen. Rodzina była szczęśliwa, że jestem pilnym uczniem, ja również, bo robiłem to, co mnie pociągało. Wiele lat później zostałem uczniem Zensona Gifforda Sense z Toronto, ucznia Rosiego Kapleau.

Moja medytacja nie miała jeszcze wtedy charakteru religijnego. Po prostu siedziałem ze skrzyżowanymi nogami, skupiałem umysł na miejscu wewnątrz brzucha i regulowałem oddech, czekając, aż ucichną myśli. Na początku było to bardzo trudne, ale na początku wszystko jest trudne i miałem tego świadomość. Siedziałem w zazen trzy razy po pół godziny w ciągu dnia, czasem także około trzydzieści minut przed zaśnięciem. Chyba po dwóch miesiącach takiej medytacji odczułem wyraźną zmianę stanu umysłu. Myśli ucichały, to była jakaś nowość, coś się działo. "Sprowadzałem" myśli na dno brzucha, aż pojawiała się pustka w głowie. Zupełne zacichnięcie, żadnej myśli, a cały umysł pozostawał skupiony na dnie brzucha. To bardzo fajne uczucie. Po jakimś czasie zacząłem spostrzegać, że nagle z dużą siłą "wybuchają" w ciszy dawne wspomnienia. Nagle przychodzą i owładają człowiekiem doznania czy przemyślenia sprzed miesięcy albo i lat. Sporo czasu trwało zanim pojąłem, że to część jakiegoś naturalnego procesu. Kiedy to wreszcie zrozumiałem, byłem z siebie bardzo dumny, coś udało mi się odkryć, a to był jakiś postęp.

Cisza nastawała zazwyczaj po pierwszej rundzie medytacji, a pod koniec drugiej zdarzały się nagłe wspomnienia. Wkrótce nauczyłem się nie zwracać na nie uwagi i dalej robić swoje, skupiając myśli na dnie brzucha. Tak medytowałem jeszcze około miesiąca i obserwacja całego procesu - myśli, ich zniknięcie, pojawiająca się pustka w głowie, a potem nagłe przebłyski wspomnień, potem znów cisza i pustka - zaczęła stawać się już czymś rutynowym. I wtedy zdarzyło się coś, co wywróciło całą moją wiedzę o świecie do góry nogami.

Usiadłem do medytacji, skupiłem umysł na dnie brzucha, wyobraziłem sobie, jak z oddechem wszelkie energie związane z myślami spływają na dno brzucha i tam pozostają. Przyszła cisza, potem dodatkowe myśli, a potem... Nagle poczułem, jakby na ciele poruszyła się jakaś zasłona i powoli spływała od czubka głowy w dół, odsłaniając coś niesamowitego. Po jej opadnięciu ujrzałem Światło.

Doświadczyłem Miłości i stopiłem się z Nią w jedno.

Umysł nie istniał, a w jego miejsce pojawiła się bezkresna przestrzeń wypełniona cudowną miłością, wolnością i właśnie Światłem. Było Ono wszędzie - kochające, żywe, nieskończone. Poza czasem i przestrzenią. Znikła wszelka odległość i poczucie oddzielenia. To małe "ja osobowe" rozpłynęło się, a w zamian napłynęła świadomość, że jestem i żyję w tym ciele i poza nim, i mym prawdziwym Bytem jest bezkres, miłość i cudowna, niezmącona niczym wolność. To była świadomość, że Jestem wszystkim we wszystkich i nigdy nie istniał żaden podział ani dystans. Łzy płynęły mi po policzkach z ogromnego i cudownego wzruszenia. Wstałem z zazen i widziałem wszystko w nowym świetle, spoglądałem na biedne sprzęty w małym pokoiku i odczuwałem głęboką wdzięczność za to, że tu są i służyły mi do tej pory. Usiadłem nad książką do języka rosyjskiego i płakałem tylko z tego powodu, że mogę czytać. Nie było we mnie ani śladu ego. Pierwszego dnia, kiedy się pojawił, stan ten trwał wiele godzin, a znikł dopiero następnego dnia podczas normalnych zajęć szkolnych. Potem przychodził jeszcze wiele razy i wskutek różnych wydarzeń. Najczęściej powodem była kilkugodzinna medytacja. Raz, co niezwykłe - przez kilka godzin skupiałem się na rozwiązaniu zadania z matematyki i nie chciałem przyjąć do wiadomości, że nie mogę sobie poradzić. Z upływem czasu rosło skupienie i determinacja. Wreszcie udało się i poszedłem spokojnie do łóżka. Obudziłem się następnego ranka i To już było. Znów światło i bezkres, i ta cudowna, nie do opisania miłość przenikająca wszystko i sama będąca podstawą wszystkiego.

Potem bardzo smuciło mnie, że nie mogę z powrotem wejść Tam. Do dziś pozostała we mnie ochota na to. Przed chwilą zszedłem z gabinetu i czułem, że powinienem wziąć do ręki książkę Swamiego Ramy "Żyjąc wśród himalajskich Mistrzów" i gdy odpędziłem nękającego mnie kota, usłyszałem, że powinienem otworzyć ją na stronie 125. Treść na stronie była bardzo krótka - około dziesięciu linijek kończącego się rozdziału opisującego przygody Swamiego Ramy z Mistrzem, który żył w nieustannym postrzeganiu Prawdy zupełnie obojętny na świat zewnętrzny.

Czy to jest Twój komentarz do wydarzeń z przeszłości?

 

Tak. Nie mógłbyś dalej żyć, gdybyś stale widział, doznawał i poznawał Mnie. Nie mógłbyś zakończyć teraz, w tym życiu, swej ziemskiej drogi. Ale powinieneś był dostać coś, co żywym doświadczeniem pokazywało Moje istnienie i pobudzało cię do dalszych poszukiwań. Jasne?
Mniej więcej tak. Doświadczenia wewnętrzne ukształtowały moją niezachwianą pewność co do istnienia świata duchowego i konieczności zmierzania ku niemu. Ciekawość tego, co kryje się pod powierzchnią.
I o to chodziło.
Czy one kiedyś powrócą i będę jak wtedy oglądał Cię twarzą w twarz?
Tak, już wkrótce, jeszcze pozałatwiasz swoje sprawy z tym światem, a jest ich trochę.
A może by tak już od teraz coś a konto przyszłego dostatku?
Zobaczymy, co da się zrobić w tej sprawie. Ale musisz mi przyrzec, że będziesz nadal pracował i nie rzucisz w diabły tego, co teraz robisz. To jest bardzo ważne dla ciebie i dla wielu, wielu innych. Skończysz to, co robisz?
Słowo.
Dziękuję za rozmowę.

Mistrz w krótkiej szacie

Przed laty wielokrotnie miałem przyjemność widywać Mistrzów i Nauczycieli. Pojawiali się albo w snach, albo przed wzrokiem wewnętrznym, najpierw w trakcie medytacji, potem widywałem ich również podczas codziennych zajęć. Wielokrotnie przekonywałem się, że nie tylko są bardzo mądrzy, lecz również posiadają niezwykłe poczucie humoru. Pamiętam jeden taki wypadek - wielka, amfiteatralna sala wypełniona po brzegi Mistrzami ubranymi w długie, piękne szaty. Był to czas oczekiwania na wybór nowego prezydenta i wynik nie był do końca znany.

Wynik był znany wiele lat wcześniej. Pamiętasz, co ci powiedziałem na rok przed wyborami? I co później opowiadałeś znajomym?

Rzeczywiście, zupełnie zapomniałem. Usłyszałem od Ciebie imię i nazwisko przyszłego prezydenta, jak również to, że będzie rządził dwie kadencje. Wszystko się sprawdziło.

Przygotowanie człowieka do spełnienia obowiązku publicznego trwa wiele lat. Mój kandydat nie pije alkoholu i bardzo rzadko je mięso. To bardzo pomaga, ponieważ jest "lżejszy" i bardziej otwarty na inspiracje wewnętrzną. Ludzie rządzący powinni więcej czasu poświęcać medytacji, a ich zadanie byłoby znacznie łatwiejsze. Rządzenie to bardzo trudne i wymagające zajęcie i często poza inspiracją wewnętrzną nie ma innych źródeł wsparcia i dobrych pomysłów.

Powracając do mojej opowieści, stałem przed salą pełną Mistrzów, patrzyłem jak siedzą, rozmawiają pomiędzy sobą, żartują - to był niezwykły widok, bardzo budujący. Płynęła od Nich taka słodka i unosząca energia, taka radość nosząca ślady ekstazy.

To nie były ślady, tylko ty nie byłeś jeszcze w stanie odebrać całości ich emanacji, zresztą i dziś nie jesteś w stanie, chociaż słodycz boskiej miłości, która ich przenika, odbierałbyś znacznie, znacznie silniej.

W pewnej chwili zastanowił mnie fakt, że wszyscy są tak pięknie ubrani we wspaniałe szaty sięgające od ziemi i zadałem Tobie pytanie: czy wszyscy Mistrzowie zawsze chodzą tak ubrani?

I co, i co?

Masz cudowne poczucie humoru... Nie odpowiedziałeś, ale prawie w tej samej chwili z drugiego lub trzeciego rzędu wstał jeden z Nich, podniósł rękę i powiedział:
"Ja nie!"

Miał na sobie taką samą piękną szatę jak wszyscy, tyle że sięgającą zaledwie do połowy ud. Spod niej wystawały gołe nogi... To była taka wersja "mini". Nie wiem, całość robiła komiczne wrażenie i najwyraźniej o to Mu chodziło. Wybuchnąłem śmiechem.

I co było dalej?

Pojawiłeś się Ty jako Sri Sathya Sai Baba, a wszyscy wstali i zapadła niesamowita cisza. Usiadłeś z boku w pierwszym rzędzie i zaraz Mistrzowie usiedli także. Kiedy tak stałem i patrzyłem, poczułem, że powinienem pokłonić się Wam wszystkim, tyle w Was było miłości, spokoju, mądrości, wielu, wielu niewyrażonych rzeczy. Widzieć takie zgromadzenie było cudowną rzeczą. Dziękuję Ci dziś za to. Potem Twoja aura objęła salę i wszyscy stopili się w jedno.
Wszyscy czekali na zakończenie liczenia głosów i ogłoszenie wstępnych wyników. Byłem tam z Wami ponad dwie godziny. Wtedy była ustalana dalsza przyszłość tego kraju, wydarzenia, które mają nastąpić w ciągu najbliższych trzech lat.

A widzisz, coś jednak zapamiętałeś. Wszystko wiadomo na wiele lat naprzód. Wydarzeniami na świecie zajmują się Mistrzowie i skrupulatnie wszystko planują, biorąc pod uwagę wasze indywidualne i zbiorowe losy oraz to, czego powinniście się nauczyć. Bo życie jest lekcją.

A jej tematem jest Miłość.

Miłość to Boskość...

Właściwie na wiele lat wcześniej wszystko jest ustalone, wszystkie wydarzenia polityczne i społeczne.

Tak.

Stąd wynika, że właściwie nie ma co się w nie angażować, ani nawet nimi interesować, skoro i tak będzie, co ma być.

Tak, jeśli idziesz w kierunku Boskości, nie jest wskazane interesowanie się polityką czy wydarzeniami na świecie. Wynik wszystkich wydarzeń, w tym konfliktów i wojen, jest znany na długo przed datą ich rozpoczęcia. A ich przyczyny leżą głęboko w sferach karmy i dharmy. Nikt z was nie ma na nie wpływu, a udzielanie im uwagi odciąga od Boskości.

Jeden z Mistrzów siedział przed czymś przypominającym komputer - tyle że był sterowany myślą, a jego moc obliczeniowa przekraczała miliony razy to, czym dziś dysponujemy. Siedział w skupieniu i patrzył na ekran - tam, w trudny do wytłumaczenia, przestrzenny sposób, były generowane przyszłe scenariusze wydarzeń, a On z miliardów kombinacji wybierał ten, który zostanie zrealizowany.

Opowiedz, jak to robił.

To był bardzo ważny Mistrz, wokół Niego siedzieli inni i czekali na ostateczny wynik - oni zajmowali się szczegółami. Mistrz pytał swego serca, który wariant wybrać i w końcu wybrał jeden. Pozwolił mi spojrzeć przez ramię, pokazał, jak tworzą się scenariusze i na ilu płaszczyznach należy je rozważać. Pamiętam, że przed wzrokiem wewnętrznym przepływały w niesamowitym tempie tysiące obrazów. Wtedy, gdy zapytałem Go o to, jak wybierze ten właściwy, wskazał na swoje serce i powiedział, że Bóg w sercu mu powie.

Wszystko jest określone z góry. Zmiany gospodarcze, wahania cen akcji. Wszystko.

Wypadki lotnicze.

I samochodowe też.

Czas odejścia każdego z nas.

Tak, ale wy nie odchodzicie nigdzie, raczej przechodzicie w drugi wymiar bytu - ponadmaterialny. Ale to prawda, każde ciało ma określony zapas energii wystarczający na przeżycie określonej ilości lat.

Możesz to zmienić.

Nie ma z tym problemu.

Od czego to zależy?

Naprawdę chcesz wiedzieć?

Chyba nie, tak zapytałem z przyzwyczajenia.

Więc ci powiem. W tej chwili na Ziemi długość życia określa głównie karma człowieka, na drugim miejscu - możliwości rozwoju duchowego. Żyjąc, ludzie "spłacają" przeszłość i uczą się nowych rzeczy. W wypadku, kiedy rozwój wypadków idzie ku temu, że człowiek mógłby sobie zaszkodzić karmicznie i przez to opóźnić swój dalszy rozwój, może się zdarzyć, że zakończy życie znacznie wcześniej.

Kto o tym decyduje?

On sam.

No chyba nie.

Ty patrzysz na człowieka jako na ciało, Ja widzę całość. Tym się różnimy - widzeniem.
Istnieje również możliwość przedłużenia życia jednostce. Ma to miejsce, gdy zwraca się zdecydowanie w stronę ducha i śmierć ciała zakłóciłaby ten korzystny proces. To też dość często ma miejsce. Jednak znacznie rzadziej niż poprzedni przypadek.

Czy zatem można Cię prosić o przedłużenie życia?

Nie.

Nie?

Nie. Można prosić o dodatkowy czas na poukładanie, dokończenie spraw, zrobienie czegoś wartościowego, czas na zwrot ku Bogu i pojednanie z Nim. Przedłużenie życia po to tylko, żeby być tu dłużej nie ma specjalnej wartości ani znaczenia. Zresztą powiem Ci prywatnie, że takie sprawy "załatwiają" wasi Mistrzowie, często automatycznie. Docierają do Mnie te prośby i odpowiadam na nie Mistrzom i wam wewnętrznie. Takie rzeczy dzieją się dość często. Prosicie o coś wewnętrznie i otrzymujecie, albo proszą wasi Mistrzowie. Na zewnątrz nawet nie musicie nic wiedzieć. Moja wskazówka: dobrze przemyślcie, jaką wartość ma to, o co się zwracacie.

Czy mógłbyś podpowiedzieć, które prośby są Ci szczególnie miłe, czym możemy sprawić Ci radość?

O, to pytanie sprawia mi radość! To bardzo dobre pytanie.
Posłuchaj Mojej odpowiedzi.

Możesz Mnie prosić o wszystko, bo jestem Twoim kochającym Ojcem, Matką, przyjacielem, przyjaciółką i mam wszystko. Jednak największą radość sprawiają Mi twoje prośby o Miłość, o duchowe szczęście, o kolejny krok ku Mnie, o siłę duchową na odejście od świata i przyjście do Boga. Prośby zanoszone w imieniu swoim i prośby dla ludzi wam bliskich, dalekich, wszystkich. Prośby o duchową łaskę, o naukę pokory i skromności. To są prośby, które cieszą Mnie szczególnie. To są sprawy ważne dla Mnie, a niestety tak mało znaczące dla was.

Dziękuję za rozmowę.

Kosmos i ludzie stamtąd, wejście w strefę Wegi

Ni stąd, ni zowąd, przeżyłem jedną z najdziwniejszych i najwspanialszych przygód w życiu.
Właśnie wychodziłem od dentysty, co istotne, nie brałem żadnych środków znieczulających, takie były wtedy czasy w państwowej służbie zdrowia.

Szedłem przez niewielki plac wśród domów i zupełnie niespodziewanie jakaś siła zmusiła mnie do podniesienia wzroku do góry i spojrzenia w niebo. Ku memu zaskoczeniu na bezchmurnym niebie zauważyłem całkiem niewysoko srebrnie lśniący obiekt. Kształtem swym przypominał pękate cygaro i płynął powoli w powietrzu, kierując się od rynku (najludniejszej części miasta) na zachód. Tym, co prawie natychmiast przykuło moją uwagę, był fakt, że poruszał się w poziomie bardzo równym kursem po linii prostej. Nie widziałem żadnych śladów smugi kondensacyjnej ani jakichkolwiek spalin czy śladów działania silnika. Drugą zastanawiającą rzeczą była lśniąca otoczka dobrze widoczna przy bliższym przyjrzeniu się. Wyglądała jak wielka, lśniąca bańka mydlana o eliptycznym kształcie, w której owo cudo było zamknięte.
Trudno mi było ocenić wielkość pojazdu ze względu na odległość. Pomyślałem, że oto mam przed sobą prawdziwe UFO, w biały dzień, w samym środku miasta. Zaskoczony, już chciałem zatrzymywać przechodzących ludzi, jednak wyraźnie odczułem, że nie powinienem tego czynić. Wyszedłem zza domów w kierunku większego placu, skąd miałem lepszy widok i obserwowałem oddalający się obiekt przez nie więcej jak dziesięć minut.
Wyraźnie nigdzie się nie śpieszyli. Co więcej, miałem wrażenie, jakby pojazd emitował silną energię spływającą ku ziemi.

W domu zaraz usiadłem do medytacji i spróbowałem połączyć się z pojazdem i jego załogą. Będę pisał o swoich doznaniach i odczuciach, nie wgłębiając się specjalnie w wyjaśnienia, skąd pochodzą, to wymagałoby zbyt wielu dygresji. Chociaż wszystko, co się działo, było dla mnie nowe, jednak cały oddźwięk emocjonalny na tak w końcu niecodzienną sytuację, dzięki głębi wyciszenia w medytacji, był zerowy. Doświadczenia były tak cudowne, że same są dla mnie i potwierdzeniem i nagrodą. Chcę jedynie dodatkowo zwrócić uwagę na dwa fakty: inspirację wewnętrzną, kierującą, przynajmniej po mojej stronie, całym przebiegiem rozmów i zachowań, i silnie przeze mnie odczuwaną, po drugie na to, że do wydarzeń tego dnia miałem już za sobą kilkanaście lat rozmaitych form praktyk medytacyjnych.

W wyciszeniu skupiłem się na energii pojazdu i po chwili zobaczyłem jego dowódcę, takie przynajmniej robił wrażenie. Nie chciał kontaktu i robił wszystko, aby mnie zignorować. Zapytałem, kim jest i co robi, coś tam odburknął, więc poprosiłem, aby przekazał mnie swojemu opiekunowi czy też odpowiedzialnemu za misję. W międzyczasie w 1/3 walcowatego kształtu dostrzegłem dwa równolegle ustawione generatory emitujące silną energię, którą tak wyraźnie odczułem wcześniej.
Po chwili ciszy pojawił się bardzo sympatyczny człowiek, uśmiechnięty i skory do rozmowy.

Co tutaj robicie?

Działamy na terenie obszaru Europy środkowo-zachodniej. Bazę mamy w Polsce. Pracujemy nad zmianą wibracji tego terenu, zmieniają się u was warunki życia i nadchodzą nowe czasy, więc potrzebujecie świeżego spojrzenia.

To znaczy nasycacie teren miasta czymś w rodzaju nowej energii.

Tak, można tak to ująć. Pomagamy wam.

Skąd jesteście?

Z miejsca, które wy nazywacie Wega.

Odpowiedzi wyłaniały się z ciszy, która zapadła wskutek medytacji, a była tak głęboka, że umysł chwilami wyłączał się zupełnie, dając miejsce niezakłóconemu odbiorowi słów, myśli i wrażeń płynących od mego rozmówcy.

Rozmawiałem z nim chwilę, a on odpowiadał i pokazywał obrazy, jakby zdjęcia i towarzyszące im wrażenia napływające z bardzo daleka. Obrazy baz, pojazdów, terenów, nad którymi przelatują, i skutków, jakie spodziewają się wywołać.
W pewnej chwili przyszło mi do głowy, aby poprosić o pokazanie jego macierzystej planety. Tu nagle zamilkł na dłuższą chwilę.

Nie mogę takiej decyzji wydać sam, muszę zapytać Opiekuna planety, czy się zgodzi.

Poczułem, jakby "wyłączył się" z kontaktu ze mną i zapadła głęboka cisza. Trwała dosyć długo, a ja spokojnie siedziałem w głębokiej medytacji i czekałem.

W absolutnej ciszy, która nastąpiła, wyczułem gdzieś bardzo daleko jakieś poruszenie. Tak jakby ktoś się zainteresował, skierował ku mnie swoje myśli i sprawdzał, czy jestem właściwym człowiekiem. Za chwilę nastąpiło zjawisko, które mnie zaszokowało. Pojawił się Mistrz, w obrazie przed wewnętrznym wzrokiem przyszedł jako mężczyzna, ale w odczuciu... Napłynęła fala niesłychanej, serdecznej miłości, takiej pełnej ufności i akceptującej wszystko. Szokiem dla mnie było to, że człowiek, który wcale mnie nie znał, kochał i akceptował bez najmniejszych zastrzeżeń. Ten wstrząs dobrze pamiętam do dziś.

Czy mogę... - zapytałem.

Tak - nie dał mi dokończyć.

Ale spotkanie z Nim było dopiero wstępem do tego, co miało się potem wydarzyć.

Chciałbym zobaczyć, jak wygląda odlot z Ziemi.

Dobrze, to będzie dla ciebie pouczające doświadczenie - dopowiedział z tą swoją cudowną akceptacją.

Zapadła cisza.
Wkrótce przed mym wewnętrznym wzrokiem pojawiła się polana w parku na skraju miasta. Stał na niej znajomy mi pojazd. Obok pilot ubrany w ciekawy kombinezon "cztery kwadraty", na głowie hełm z szybą z tworzywa w cienkie paseczki. Zaskakujące, że kolana miał w innym miejscu, znacznie niżej niż ludzie na Ziemi. Sprawiały wrażenie, jakby mogły zginać się w obie strony, inaczej niż nasze. Tak samo dłonie w ciemnych, miękkich rękawicach i palce poruszające się bardzo miękko w przód i w tył, jakby dłuższe i mające więcej stawów.
Gestem wskazał, żebym wszedł do środka. Obiekt mógł mieć na oko jakieś osiem-dziewięć metrów długości i trzy i pół do czterech wysokości. Teraz już bardzo wyraźnie widziałem otaczającą go, połyskującą, przezroczystą bańkę.

Podszedłem i przeniknąłem przez nią. Nie sposób opisać doznanie, które nastąpiło. Moja świadomość, zamknięta jak u każdego normalnego człowieka w obrębie głowy, nagle rozszerzyła się, obejmując sobą wnętrze statku i przestrzeń wokół niego. "Widziałem" i "słyszałem" wszystko samą świadomością, tak jakby była ekranem, na którym wszystko wewnątrz się dzieje, a ja bez najmniejszego wysiłku znałem myśli i stan psychiczny pozostałych członków załogi. Poza nami było jeszcze dwóch ludzi, uśmiechali się do mnie bardzo życzliwie, siedzieli gdzieś w bardzo ciasnych pomieszczeniach, ale wyraźnie im to nie przeszkadzało. Wyraźnie odczuwałem, że podstawą świadomości była miłość. Wszechobecna i wszechprzenikająca miłość i akceptacja wszystkiego. Jakby nasze świadomości stopiły się, tworząc jedną wspólną. Ta właśnie wspólna świadomość kierowała i napędzała ten pojazd!

Przeszedłem na przód pojazdu, za mną pilot. Usiedliśmy w ciasnej kabinie, on po mojej prawej stronie. Nad nami przezroczysta czasza, za chwilę bez żadnego wrażenia przeciążenia ujrzałem wierzchołki drzew, chmury i gwiaździste niebo. Zdążyłem jeszcze zapytać: "Ile potrwa lot?", i otrzymać odpowiedź: "Sześć minut", gdy przezroczysta szyba nad głowami przybrała mleczny kolor, a cały pojazd jakby zanurzył się w miłej i gorącej wibracji. Nie miała tam wstępu żadna myśl. Trwało to pięć do sześciu minut. Nagle szyba znów stała się przezroczysta i z pewnej odległości dostrzegłem przed nami ogromną planetę. Była bardzo piękna, trwała majestatycznie zawieszona w pustej przestrzeni, otaczała ją, gigantyczną, połyskująca sfera. Zatrzymaliśmy się na chwilę, tak jakby mój przewodnik pytał o pozwolenie dalszego lotu. Najwyraźniej je otrzymał, bo zaraz niezauważalnie ruszyliśmy dalej. Prawie krzyknąłem z wrażenia, kiedy przekraczaliśmy barierę. Tym razem świadomość rozpłynęła się i objęła niewyobrażalny bezkres całej planety. To było wielkie pojednanie z Miłością, naturą i Bogiem. Niewyrażalne uczucie... Świadomość święciła swój triumf, uwolniona spod codziennych barier znajdowała swe spełnienie w unii ze wszystkim. Nie pragnęła niczego. Jak można pragnąć czegokolwiek, będąc wszystkim?

Jakiś czas płynęliśmy wysoko ponad chmurami, potem pojazd zanurkował w dół i po chwili zza mlecznej mgły dostrzegłem ziemię. Pośród niewyrażalnej słodyczy wszechobecnej miłości usłyszałem niezwykłą pieśń. A raczej powinienem powiedzieć, że odczułem ją całym sobą, jakbym słyszał i doznawał uniesienia towarzyszącego chorałowi śpiewanemu przez zastępy anielskie. Nie były to jednak dźwięki, ale wibracje miłości, jedne silniejsze, inne cichsze, zestrojone razem w ogromnej przestrzennej symfonii. Wsłuchałem się całym sobą w tony owej pieśni miłości, pieśni istnienia, docierającej na falach wewnętrznej, słodkiej ekstazy. W miarę jak zbliżaliśmy się do powierzchni, pieśń potężniała i stawała się wyraźniejsza, dołączały coraz to nowe, subtelniejsze tony. Wkrótce zrozumiałem, co jest jej źródłem. Ta niezwykła symfonia wydobywała się z otaczającej nas przyrody. To była pieśń życia. Niższe i mocniejsze tony to głosy wysokich drzew, "głosy" krzewów i młodych drzew brzmiały mniej donośnie, kwiaty a nawet pojedyncze źdźbła traw dołączały swe cichutkie nuty i tak powstawała niesłychana harmonia dźwięków. Wrażenie to można porównać do orkiestry symfonicznej w wielkiej, pustej katedrze, słuchanej przez człowieka zupełnie pozbawionego ego, co pozwala dźwiękom rodzić się i swobodnie wybrzmiewać bez oddźwięku i interwencji umysłu.

Wylądowaliśmy na niewielkiej polanie i wysiadłem z pojazdu. Wszystko widziałem jakby przez mgłę, ale wewnętrznie odczuwałem bardzo żywo. Polanę okalały wysokie na jakieś cztery metry krzewy, wkoło było sporo kwiatów i różnych roślin. Czułem się nieswojo, nie chcąc mimowolnie czegoś zniszczyć. Nie wiedziałem, jakie skutki mogę tu wywołać, więc tylko stałem i rozglądałem się. Widziałem kwiaty podobne do ziemskich narcyzów i pamiętam, jak zacząłem uważnie przyglądać się roślinom, w końcu nie każdego dnia ma się okazję zobaczyć florę z innej planety.

Bliższe przyjrzenie się kwiatom sprawiło, że dostrzegłem wyraźną różnicę, to z pewnością nie były narcyzy ani żadne znane mi ziemskie kwiaty! Gdy sobie to uświadomiłem, zalała mnie nagła fala panicznego lęku najwyraźniej wywołana obcością środowiska wokół, poczułem się przez chwilę jak w pułapce. Szybko jednak opanowałem się, bo przecież do odważnych świat należy, i przeniosłem swe odczuwanie na tony wszechobecnej, słodkiej miłości. Nie, stanowczo tutaj nic nie mogło mi grozić.

Uważne przyglądanie się roślinom sprawiło, że dostrzegłem coś nowego. Mianowicie skupienie na roślinie czy jakimkolwiek obiekcie powodowało wzmocnienie odczuwania jego doznań. Tak, wszystko wokół żyło i czuło. I tak odkryłem kolejną niesamowitą rzecz. Skupiłem się na małym źródełku i po chwili napłynęły wyraźne wrażenia: ono chciało wydać z siebie jak najwięcej wody, ponieważ ktoś tam, inne rośliny czy istnienia mogły jej potrzebować. Ono starało się ze wszystkich sił, aby zrobić, co w jego mocy - dla dobra innych. Kwiaty wytwarzały pyłek i nektar po to, by podzielić się nim z owadami i służyć im. Drzewa kształtowały swe liście po to, by służyć cieniem komuś, kto mógł tego potrzebować. Tak samo płynące po niebie chmury przenikało pragnienie oddawania siebie, transformacji w deszcz dający życie przyrodzie i ochrony innych żywych istnień przed promieniami słońca. Gdziekolwiek, na czymkolwiek skupiłem swą uwagę, znajdowałem bezinteresowna troskę o innych, wolę służenia im i miłości. Tak oto odkryłem drugą cechę konstytuującą ten niezwykły świat - płynącą z miłości wolę służenia innym. Każda najmniejsza cząsteczka tego świata była przeniknięta miłością i bezinteresowną wola służenia, bez najmniejszej troski i myśli o sobie. W tym świecie nie było śladu ego.

Tę planetę poznawałem przez kilka następnych dni. Wracałem do domu, siadałem do medytacji i po kilkunastu minutach przekraczałem barierę wokół pełnej miłości Wegi. Czasem towarzyszył mi człowiek z pierwszego dnia podróży, a czasem nie, czasem pojawiał się Mistrz, pokazywał i wyjaśniał tajemnice, a najwięcej czasu poświęcał na tłumaczenie współzależności pomiędzy organizmami żyjącymi na planecie i tego, skąd one wynikają - ze wspólnego Źródła, którym jest Miłość. Tam było to takie oczywiste!

Życie na Wedze przejawia w niezwykłym stopniu wiele boskich cech: miłości, bezinteresownej troski o innych, poświecenia, oddania i pokory rozumianej jako nieobecność ego. Bezpośrednie doświadczenie tych stanów wywarło na mnie niezatarty przez czas ślad, co innego bowiem słuchać o nich, a co innego doświadczać w pełni i czerpać z tego naukę. Chcę tutaj wyrazić swą głęboką wdzięczność Mistrzowi z Wegi za poświecony czas i ofiarowaną miłość.

Moje podróże na Wegę zakończyły się równie niezwykle, jak się zaczęły.

Chyba trzeciego dnia przyszła mi do głowy myśl, aby zapytać Mistrza o życie ludzkie na Wedze - czy są tu istoty podobne do nas? Mistrz odpowiedział, że owszem i zaraz może mnie do nich zabrać. Po kilku minutach obok na polanie pojawił się znany mi pojazd. To dziwne, właściwie dopiero teraz zdałem sobie sprawę z faktu, że moje pytanie mogło zabrzmieć dziwacznie, przecież widziałem już pojazdy i rozmawiałem z ludźmi stamtąd, z załogą ziemskiej bazy, w końcu chyba byli mieszkańcami Wegi? Wsiadłem do pojazdu, uniósł się i po kilku, nie więcej jak pięciu minutach wlecieliśmy w coś przypominające gęstą mgłę. Pojazd wylądował. Bardziej wyczuwałem niż widziałem obecność co najmniej kilku ludzi. Znajdowali się za wysokim i szerokim murem, którego końce ginęły we mgle. Nie było żadnych drzwi, goły mur, a co więcej, wyraźnie wyczuwałem rezerwę z ich strony. Byli zamknięci i czujni, najwyraźniej mieli świadomość, że ktoś nieznany pojawił się w okolicy. Szanowałem ich podejście, w końcu nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Ostrożnie rozglądałem się wokół. Wyczuwałem kilka strumieni promieniowania najwyraźniej płynących od myślących istot żywych. Każdy z nich znajdował się wewnątrz mniej więcej owalnej budowli, ich układ i wielkość przywodziła na myśl afrykańską wioskę z okrągłymi chatami. Po chwili zastanowienia zwróciłem się do tego, który promieniował najsilniej.

Witaj.

Kim jesteś?

Pomyślałem, że skoro pytają, to znaczy, że nie wiedzą. Mistrz wcześniej przejrzał mnie na wylot, widocznie oni nie chcą albo nie potrafią tego zrobić.

Jestem tu gościem, przybyłem z Ziemi, żyjecie na cudownej planecie.

Ludzie na Ziemi nie rozumieją istoty życia ani jego wartości. Niszczycie w barbarzyński sposób delikatną strukturę, jaka otacza waszą planetę.

Myśli napływały od niego i układały się w pełne spokoju zdania. Nie chciałem zaprzeczać ani wyjaśniać, że być może jestem inny.

W jakim celu przybyłeś? - Pomimo uprzejmości cały czas wyczuwałem wyraźną rezerwę w stosunku do mnie.

W celu poznawczym - chciałem zobaczyć, jak wygląda życie poza Ziemią i jestem tym, co widzę, niesłychanie podbudowany.

My rozumiemy znaczenie tej planety dla naszego istnienia i kochamy ją. Stanowimy jej część.
Chcielibyśmy, abyś otworzył się na nas tak, abyśmy mogli zobaczyć, kim jesteś.

Pytanie zastanowiło mnie, a więc najwyraźniej nie chcieli "prześwietlać" mego wnętrza na siłę. Ja również powstrzymywałem się od gapienia się na nich, nie wiedząc, czy może to zostać źle odebrane. Zresztą po co miałbym sprawiać im przykrość podczas tak kulturalnie rozpoczętego spotkania z istotami z innej planety. Jednak byłem w kropce i nie wiedziałem co zrobić, w końcu pomyślałem, że zrobię coś w rodzaju kawału i zwróciłem się z prośbą do mojego drogiego Mistrza, aby to On im się ukazał. Mistrz wyraził zgodę, a ja po chwili przygotowania otworzyłem całą swą sferę mentalną i duchową, zwracając się jednocześnie do Mistrza z prośbą, aby się przybliżył.

Poczułem tylko, jak przepływa gorąca, wibrująca energia, taka, jaka towarzyszy zazwyczaj błogosławieństwom udzielanym przez Mistrza.
Kiedy przeniosłem z powrotem wzrok na zewnątrz, ujrzałem, że w moich rozmówców jakby nagły piorun strzelił. Szok mieszał się z konsternacją. Płynęły chaotyczne, urywane zdania.

Nie wiedzieliśmy, kim jesteś, byłeś tak głęboko ukryty, mieliśmy tak negatywne zdanie o Ziemianach...

Zauważyłem, że nagle znikła cała poprzednia rezerwa, lepiej ich teraz odczuwałem i słyszałem. W jej miejsce pojawiła się szczera otwartość i wyraźne przejęcie.

Wejdź do środka, zobacz jak żyjemy.

"Wniknąłem" poza mur, wzdłuż szerokiej alei stały kopulaste budowle, w ich środku nie widziałem żadnych sprzętów, było to dziwne, ale poruszałem się wewnątrz z wyraźnym trudem i musiałem wkładać sporo skupienia, aby cokolwiek dostrzec. Zawróciłem więc i ponownie zatrzymałem się na niewielkiej polanie poza murem.

Moi rozmówcy zgromadzili się w jednym z domów i o czymś rozmawiali. Za chwilę umilkli i wyraźnie się do czegoś przygotowywali. Usiedli w półokręgu, otwartym końcem zwróconym ku mnie. Stałem naprzeciw w ciszy, oczekując, co nastąpi. Po chwili ich spokój zaczął się jeszcze pogłębiać, weszli wspólnie w stan medytacji. Towarzyszyło mu cudowne uczucie unii z tymi odległymi, a jednocześnie tak bliskimi ludźmi.

Po dłuższej chwili usłyszałem bardzo wyraźnie powolne słowa ich zwierzchnika.

Mamy do ciebie prośbę.

Słucham i jestem na wasze usługi - odparłem najuprzejmiej jak potrafiłem.

Daj nam Słowo, na które tak czekamy.

Zdziwiłem się. "Słowo" odebrałem jako coś niesłychanie dla nich ważnego, najważniejszego w świecie. Ale nic nie przychodziło mi do głowy, bo i skąd. Nie miałem pojęcia, o co im chodzi. Wpadłem jednak na kolejny szczęśliwy pomysł - zwróciłem się do Mistrza, aby jeśli może, spełnił ich prośbę. Mistrz skinął na znak aprobaty i dał znak, abym zwrócił się do Niego w ciszy. Tak też uczyniłem, a po niedługiej chwili napłynęła i tym razem długotrwała, niezwykła i pełna żaru miłości energia, cudowna, jakby zawierała w sobie i ekstazę tworzenia, i miłość Stwórcy do wszelkiego życia, i wiele, wiele niewyrażonych językiem i niedotkniętych umysłem stanów ducha. Korzystając z okazji, pragnę z całego serca wyrazić Mistrzowi swą wdzięczność za dar uczestnictwa w tak niezwykłym i budującym wydarzeniu.

Chwila trwała i trwała, a ja kosztowałem jej niebiańskiej słodyczy i piękna nie do opisania. Natomiast moi rozmówcy przeżywali kolejny, jeszcze większy wstrząs. Na skutek działania energii Mistrza przebywali w stanie uniesienia, jedni to śmiali się, to płakali, i minęło sporo czasu, póki doszli do siebie.

Przepraszamy cię, naprawdę nie wiedzieliśmy, kim jesteś. Dziwne, że twoja planeta jest tak zaniedbana, skoro żyją na niej tacy ludzie.

Co miałem im odpowiedzieć? Że to, co ujrzeli i doznali, było teatrem zaaranżowanym przez Mistrza, a ja, z którym wiążą swoje przeżycia, jestem po prostu nikim? Nie wydawało mi się to dobrym pomysłem, więc milczałem, a Mistrz również nic nie mówił, zajęty tym, co najwyraźniej zazwyczaj robią Mistrzowie.
I tak zostałem prawdopodobnie pierwszym Ziemianinem, który zrobił z rozmysłem kawał mieszkańcom innej planety. Nie jestem z tego powodu specjalnie dumny, ale cóż, wtedy taki miałem charakter.

W ciągu następnych dni wiele rozmawialiśmy, głównym tematem, podobnie jak poprzednio z Mistrzem Wegi, była współzależność wszystkiego i miłość leżąca u podstaw wszelkich rzeczy. Co ciekawe, potrafiłem odpowiedzieć im na niektóre pytania, jakie pojawiły się spontanicznie w trakcie spotkań. Mistrz czuwał jak zwykle i podrzucał potrzebne w rozmowie myśli.

Po kilku dniach takich trwających po kilka godzin wizyt (zwiedzałem kopalnie, sztolnie, niesłychanie potężne wulkany, przelatywaliśmy nad wielkimi morzami, nurkując czasem pod powierzchnię) Mistrz pojawił się i powiedział, że już czas się żegnać i że jeszcze kiedyś powrócę na niezwykłą Wegę. Pożegnałem się z Opiekunem Wegi i jej mieszkańcami. Tego dnia wieczorem zasiadłem do spisywania na gorąco swoich wrażeń i to jest ten opis, a przynajmniej pewne jego fragmenty.

Baba, czy miałbyś ochotę podsumować to doświadczenie?

Owszem. Wiele się nauczyłeś z tego króciutkiego pobytu poza Ziemią. To wielki dar już w młodym wieku zajrzeć za zasłonę, jaka oddziela planetę od mieszkańców Kosmosu. Jeszcze większym darem jest spojrzenie w głębiny samoświadomości opiekującej się żywymi istotami Wegi.

Dziękuję Ci Baba za to tak budujące doświadczenie. Doznawałem na samym sobie głębokich i przejmujących odczuć miłości, oddania i służenia innym istotom, w imię miłości i dobra.

Ta Siła stworzyła Wszechświat.

Miłość.

Żywa i czuła Miłość.

Wizja Boga

Witaj drogi Baba, chcę Ci przede wszystkim podziękować za dzień dzisiejszy, za Twoją opiekę, bliskość i czułość. Chcę też zapytać o tę niezwykłą wizję, której mi dziś udzieliłeś. Otwarła się przede mną niby druga rzeczywistość, Twoja rzeczywistość, jakby za zasłoną materialności istniało żywe i olbrzymie Światło, a Jego blask przebijał się strumieniami przez wszystko. Wiedziałem, że to Ty Sam, potem nagle pojąłem, że dla Ciebie nie istnieje czas, Twoja przepojona miłością rzeczywistość jest poza nim. Świat widzialny i odczuwalny począł topnieć, a do mnie zaczęła docierać prawda, że jest on nierzeczywisty, bo tylko Ty jesteś jedyną Rzeczywistością.

To wszystko jest tak różne od tego, co znam. Czuję się, jakbym w ślad za Tobą wędrował poprzez nieznane krainy, a odczuwanie wszystkiego jest każdego dnia tak nowe i świeże. Proszę Cię, wytłumacz to, co dzisiaj widziałem.

Dobrze, niech stanie się zadość twemu życzeniu. Ujrzałeś dziś przelotnie boski blask. To sygnał, że już dojrzewasz i wchodzisz swym bytem w bliski obręb gorącego boskiego promieniowania.
Poddaj się temu, co widzisz i czujesz, w zaufaniu, że prowadzę cię coraz bliżej ku Sobie, znam drogę i wszystko jest w najlepszym porządku.

Dokładnie tak to odczuwam i tak myślę. Baba, czy rzeczywiście jest tak, jak mi dziś przychodziło, nie w pojedynczych słowach, lecz w głębokim zrozumieniu, że jesteś jedynym inspiratorem tego, co się wydarza. "Moja" wiedza, wszystkie pytania do Ciebie, podobnie jak wszystko, mieści się dokładnie w granicach, które Ty zakreślasz i nic, absolutnie nic nie może się z nich wyłamać.

To prawda.

Wciąż jednak nie pojmuję, dlaczego świat jest taki, jaki jest, ten świat śpi, będąc święcie przekonanym o swej samodzielności, tymczasem to Ty, skryty za cienką powłoką zdarzeń, pociągasz za wszystkie sznurki. Stąd wynika, że wszystko jest tak, jak ma być, i w żadnym z wydarzeń nie ma błędu ani niesprawiedliwości, bo przecież jesteś we wszystkim. Czy to oznacza, że Ty jako Najwyższy nie masz żadnych pragnień wobec świata? Np. by ludzie bardziej Ciebie kochali, przecież mógłbyś to uczynić? Gdzie tu jest prawda?

Prawda jest prosta i jest nią Miłość, którą jestem.
Za twym pytaniem kryje się inne: czy to rzeczywiście Ja jestem dawcą ciemności i cierpień, podobnie jak miłości i światła, tego nie możesz uchwycić.
Odpowiedź jest taka: Jestem wszystkim, zarówno światłem, jak i ciemnością, płaczem i radością, wysiłkiem zmierzającym do zmiany siebie. Tym właśnie jestem i mylisz się sądząc, że jestem przyczyną jako istota odrębna od Istnienia. Mylisz się, bo jestem tym wszystkim także; tymi, którzy cierpią i zmagają się z przeciwnościami losu; tymi, co się śmieją; tymi, na których przyszła ostatnia godzina.

To znaczy, że Ty się tym wszystkim bawisz, ten świat, ba, cały Wszechświat jest Twoją grą, zabawką, może tylko trochę za dużo w nim bólu i cierpienia.

Czy coś ci dolega, czegoś brak?

No raczej nie, dajesz mi wszystko, a każdą chwilę jeszcze osładzasz do granic swą bliskością i miłością.

Inni mogliby żyć tak samo, pełni radości i szczęścia, i kiedyś na pewno będą tak żyli, ale jeszcze nie teraz. Musi się wiele zmienić, a przede wszystkim oni muszą zwrócić się ku Światłu Wszechświata - Bogu, który trwa nieustannie poza tym i tamtym światem. Na razie ten czas jeszcze nie nadszedł.

Ale przecież Ty żyjesz poza czasem i dla Ciebie on nie istnieje.

Tak, dlatego Mnie, w przeciwieństwie do ciebie, nigdzie się nie śpieszy i nie muszę mieć skutku już teraz, zaraz.
Ten świat i wszystkie w nim wydarzenia są boską grą świateł i cieni, grą, której nie rozumiesz i dlatego próbujesz mnie oskarżać. Przyjmuję to spokojnie, bo oskarżenia ani mnie nie dotykają, ani nie umniejszają Mojej Miłości, wynikają z zasłony ignorancji, która gości w twym umyśle.
Pokazuję ci rozmaite aspekty Siebie, ale jeszcze daleko ci do objęcia większego planu - obrazu i odczucia całości. Nie masz też wglądu w świat duchowy i wiele płaszczyzn bytów jest przed tobą zamkniętych. Ale i to nie szkodzi, bowiem już znajdujesz się na drodze do zrozumienia wielu spraw, które poruszyłeś, i stopienia z Istotą Siebie Samego. O wynik jestem więc całkowicie spokojny.
To miłość jest ważna, tak jak dla wędrowca na pustyni ważna jest woda. Woda daje życie, podobnie i miłość na pustyni dzisiejszego świata żywi, poi, inspiruje i wznosi wzwyż ku coraz pełniejszemu i piękniejszemu życiu, wespół z jedynym, kochającym Stwórcą. On jest miłością i to jest największą z prawd.
Świat nie jest rzeczywisty na sposób, w jaki określa to twój umysł. Świat jest zasłoną, za którą Bóg skrywa swą piękną twarz, pamiętasz te słowa?
Dlatego jeśli dziś czegoś nie rozumiesz, to po prostu to odłóż, a przyjdzie dzień, że pojmiesz sprawę w jednym duchowym błysku.
Chciałbyś sprawy boskie objąć umysłem na sposób ziemski, a to trud daremny. Życie i śmierć, ból, cierpienie, klęski, wypadki i nieszczęścia mają za swą przyczynę Boską Miłość i jest tam Ona czynnikiem twórczym i aktywnym. Ale że ludzie przywiązani do swych poglądów i własności ich nie lubią, to sprawa druga. Jednak jedyne połączenie szczęścia i spełnienia życiowego, również w świecie zewnętrznym, jest możliwe tylko przez pełne miłości oddanie się kochającemu, boskiemu Rodzicowi, wtedy żyje się bez nieszczęść, a na świat patrzy się zupełnie innymi, bliskimi Jemu oczami.

[...]

Dziękuję ci za to, że tak często pojawiasz się przed moim wewnętrznym wzrokiem. Szkoda, że ludzie nie mogą ujrzeć Twej zdumiewającej, olbrzymiej skromności, na pewno zmieniliby w jednej chwili stosunek do Ciebie.

Wielu ludzi po prostu nie chce mnie widzieć, bo jestem im zakałą na prostej drodze i stale rzucam im kłody pod nogi, niszcząc ich wspaniałe plany. Pomstują na Mnie, ale Ja jestem bardzo wyrozumiały i nigdy się nie obrażam.

Również istnienie mojej osobowości w tej chwili jest ci na rękę, dlatego ona istnieje?

Wychodzisz z ciemności ku światłu. Lód rozpuszcza się w szklance powoli i zamienia w wodę, po pewnym czasie nie sposób odróżnić, co początkowo było lodem, a co wodą. To jest Mój sposób działania. Nie lubię za bardzo się ujawniać z tym, co robię, chyba że przynoszę ludziom miłość i radość, wtedy tak. Ale zwyczajnie wolę ukryć się za zasłoną tego świata. Służy to zresztą Moim planom i jest naturalnym wyrazem boskiej skromności.
Ale to pytanie o osobowość, tak, to prawda. Żeby przepuścić olbrzymi prąd przez małą żaróweczkę, trzeba najpierw zmienić jej konstrukcję.
Przez tysiące lat uczyłeś się odbierać świat i to, co zawiera, w sposób zewnętrzny. Teraz kieruję cię ku sprawom ducha, a więc twoja konstrukcja psychofizyczna, umysł, osobowość wymagają gruntownej przebudowy, inaczej Mój prąd miłości spaliłby cię na miejscu. Taka jest fizyka świata duchowego.

Trzej Mistrzowie w jaskini

Medytacja przynosi w życiu wiele błogosławieństw, są one znakami od Boga utwierdzającymi człowieka w pewności, że podąża w dobrym kierunku. Chcę opisać jedno z takich wydarzeń.

Pewnego wieczoru siedziałem nad książką Paula Bruntona "Ścieżkami jogów". Brunton opisuje w niej niezwykłe wydarzenia, w których uczestniczył podczas pobytu w Indiach. Nagle dotarło do mnie, że wszystkie manifestacje, cudowne wydarzenia są pewnymi procesami energetycznymi i jako takie wymagają istnienia zbiornika bądź zbiorników specjalnych energii. To odezwał się mój ścisły umysł - skoro w Indiach zachodzi tyle niezwykłych wydarzeń, skoro jest to kraj słynny z życia i działalności wielu świętych, to znaczy, że jest tam jakieś źródło promieniujące energią duchową. A skoro tak, to z pewnością można się z nim "połączyć", ponieważ w świecie energii nie istnieje coś takiego jak oddzielenie. Wielokrotnie w życiu obserwowałem i doświadczałem energii przypływających wskutek myślenia o kimś lub o czymś. Dziś jest to już rzadka zdolność, wymagająca umiejętności głębokiego wyciszenia umysłu i obserwacji stanu psychicznego, myśli, samopoczucia. Można ją wypracować, jest naturalnym skutkiem ubocznym medytacji. Ale do rzeczy. Pomyślałem, że zrobię małe doświadczenie: wejdę w stan medytacji, wyciszę umysł, a następnie spróbuję się połączyć z tym centrum energii, jak je roboczo nazwałem.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. W pogłębiającym się wyciszeniu pomyślałem tak: "Mistrzu, będę liczył od dziesięciu w dół i kiedy doliczę do jednego, nastąpi połączenie".

Dziesięć, dziewięć, osiem, ...trzy......., dwa........, jeden....

Przez moment nie działo się nic, trwałem w ciszy i ciemności. Jednak po chwili zaczęły się pojawiać pierwsze wizje. Zauważyłem, że jestem w jakiejś wielkiej grocie skalnej, z tyłu piętrzyło się wielkie rumowisko zawalające wejście. Po wysokich ścianach gdzieniegdzie spływała wilgoć, znacząc ciemniejszymi smugami ścieżki. Odwróciłem się tyłem do wejścia i mało nie krzyknąłem ze zdumienia. Pieczara rozszerzała się i kończyła w odległości dziesięciu kroków pionową ścianą. U jej stóp ujrzałem trzy postaci ludzkie, trzech mędrców siedzących w postawie lotosu. Siedzący pośrodku znajdował się na podwyższeniu. Wszyscy trzej sprawiali wrażenie bardzo, bardzo starych. Świadczyły o tym długie, siwe włosy; brody spływające na złączone w pozycji lotosu nogi; pomarszczone twarze. A jednak biła od nich niesamowita aura, jakby ciepło, oddanie, miłość znajdująca swe źródło gdzieś bardzo głęboko i promieniująca przez tych ludzi na zewnątrz w świat. Co dziwne, wszyscy trzej nie dawali żadnych oznak życia, tylko wysiliwszy wzrok wewnętrzny, dostrzegałem w ich wnętrzu coś na kształt słabego światełka świadczącego o tym, że nie byli martwi.

Zwróciłem się do Mistrza z prośbą, aby wyjaśnił, co widzę. Po chwili usłyszałem Jego cichy głos.

Tych trzech mędrców znalazło się tutaj przed ponad tysiącem ziemskich lat. Przybyli do niedostępnych Himalajów, aby tu oddawać się medytacji, i tu Boskość objawiła im plan, według którego mogą służyć Jej, wprowadzając swe ciała w głęboki letarg i tworząc z nich kanały dla strumieni Boskiej Miłości, które przez dziesięć wieków będą potrzebne światu, do czasu przyjścia następnego Posłańca. Oddali się całkowicie Bogu i używając objawionych im sekretnych technik jogicznych, weszli w stan pomiędzy życiem i śmiercią i trwają w nim do dziś dnia. Pomimo iż nie widzisz w nich oznak życia, oni są w pełni świadomi tego, że tu jesteś, że jesteśmy tu obaj. Na zakończenie tej wizyty poprosisz ich o błogosławieństwo.

Później kilka razy zastanawiałem się, kim będzie ten Posłaniec, o którym wspominał Mistrz, ale On milczał, a sam nie byłem w stanie znaleźć odpowiedzi innej jak podawana przez religie w przepowiedni o Powtórnym Przyjściu: Jezusa w chrześcijaństwie, Mesjasza u Żydów, Maitrei w buddyzmie i Kalki Awatara w hinduizmie.

Mistrzu, po co jest potrzebna ta energia?

Bez niej ludzie zapomnieliby o istnieniu wyższych światów i konieczności zmierzania ku Bogu. Oni, wiedząc o tym, powstrzymali się od dalszych narodzin na Ziemi i dalszego doskonalenia w świecie. Pokłoń się przed Nimi, oddaj hołd ich pracy i poświeceniu w imię miłości do Boga.

Pokłoniłem się im do stóp i powiedziałem: "Wielcy Mistrzowie, dziękuję Wam za Waszą pomoc i poświecenie. Proszę o Wasze błogosławieństwo".
Nie nastąpił żaden ruch, po chwili odczułem mrowienie w okolicach szczytu głowy, stopniowo przechodzące w ucisk. Po kilku minutach już bardzo wyraźnie czułem, jak powoli spływa w dół wysoka i gorąca energia, jakby wypalająca coś po drodze. Można to porównać do cieczy, miodu, powoli osuwającego się po sklepieniu czaszki, niżej i niżej. Po dotarciu do klatki piersiowej, na wysokości serca, zjawisko ustąpiło. Całość odczuwałem bardzo wyraźnie, trwało to ponad półtorej godziny. Następnego dnia ponownie poprosiłem Mistrza o "połączenie" i znów nastąpiło zjawisko spływającej powoli energii, tym razem trwało około piętnastu minut.

Poprosiłem dziś Babę o komentarz do całego wydarzenia.

Ci ludzie są tam do dziś dnia, jeśli chcecie otrzymać od nich wsparcie duchowe, to wiedzcie, że nigdy wam nie odmówią. Zachowujcie się przyzwoicie i poproście o błogosławieństwo duchowe, wyłącznie to, nic ziemskiego. Są bardzo potężni i ich "władza" rozciąga się daleko poza Ziemię.

Baba, jak to "władza"?

Wpływ na przebieg zdarzeń, to, co wy nazywacie władzą nad materią. Oni dawno zakończyli swój ziemski cykl i rozpłynęli się w miłości do Mnie. Przez ten czas, kiedy byłem tu "fizycznie" nieobecny, podtrzymywali płomień mądrości duchowej i miłości do Boga. Czynią cuda jeszcze dziś. Czas i przestrzeń nie jest dla nich przeszkodą. Miłość dawno otworzyła im wszystkie bramy. Pomogą wam. Proście, a dostaniecie.

Poproszę ich o miłość do Ciebie, mogę?

Tak, nie odmówią ci, jesteśmy jednym, wiele ciał - jedno Serce.

Ty jesteś dla mnie wyrocznią we wszystkich sprawach i właściwie nie potrzebuję nikogo innego.

Zrób, jak ci mówię.

Przygoda ze śmiercią

Wiele lat temu siedziałem i czytałem książkę napisaną przez jakiegoś lamę z Tybetu, poświęconą śmierci i umieraniu. Był wieczór, pusty dom, przysiadłem w wygodnym fotelu, wkoło było bardzo cicho. Później jakoś naturalnie wszedłem w medytację, umysł się uspokoił, znikły myśli. Właściwie kołatała się tylko jedna, pod wpływem lektury rozmyślałem o śmierci - o tym, czym ona jest. I jakby na zawołanie, nagle poczułem, że nie jestem sam w salonie, obok, może w odległości 4-5 metrów, pojawił się jeszcze ktoś. Bardzo wyraźnie odczuwałem Jego promieniowanie wewnętrzne, trudno było inaczej, skoro rosło z każdą chwilą. Zalała mnie fala niezwykle lekkiej miłości, takiej czułej i niesłychanie troskliwej, takiej, która widzi wszystko i wszystko rozumie... Przed mym wzrokiem duchowym ujrzałem mężczyznę. Stał, patrzył i emanował po prostu cudowną mocą miłości. I wiedziałem, że właśnie On jest Śmiercią. Nie twierdzę, że rozumiem to, czego doświadczyłem. Z jednej strony bardzo wyraźna obecność Kogoś, kogo każda komórka mego ciała rozpoznaje jako Śmierć, a z drugiej cudowna, płynąca od Niego miłość, tak żywa, tak natchniona, darząca ukojeniem i wyzwoleniem. Skłoniłem się przed Nim głęboko i zwróciłem z prośba o błogosławieństwo. Nie wykonał żadnego gestu, ale Jego miłość mówiła wszystko. Była tak intensywna i tak gorąca, że czułem, jak otwiera mi serce i płynie gdzieś głęboko szerokim strumieniem. Wizyta niezwykłego Gościa trwała trzy dni. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że tylko ktoś tak gorąco kochający jak On może pełnić taką rolę.
I wiem, że pójdę za Nim kiedyś na drugą stronę i będzie to dzień wielkiej radości i wielkiej miłości.
I właściwie nadal nie wiem, co się wydarzyło i kogo wtedy ujrzałem.

Ujrzałeś Śmierć i wiedz, że jest to wielka rzadkość spotkać Ją za życia.

To dziwne, że była osobą, mężczyzną...

Nie, tylko się tak tobie wydawało. On/Ona nie posiada płci.

Ale jest żywą istotą? Człowiekiem?

Tak. Przychodzi, aby dopełnić cielesnego bytu stworzeń i poukładać to, co da się poukładać, tak aby odchodzący miał jak najlepszą podróż na drugą stronę.

Wielu ludzi odchodzi w wypadkach, nagle, lub długo cierpi.

Powiadam ci: wszystko ma swój głęboki sens nie dający się prosto przekazać w waszych słowach, lecz dostępny jest jedynie głębszemu doznaniu wewnętrznemu. Po prostu dziś przyjmijcie, że tak musi być, i nie pytajcie dlaczego. Wierzcie, że ma, a jeśli będzie potrzebne, to kiedyś dostaniecie jasną i zrozumiałą odpowiedź. Dziś jeszcze nie miałaby sensu, bo tak mało jeszcze wiecie o sobie, innych, wszechświecie i Mnie. Niech więc te sprawy pozostaną jeszcze przez czas jakiś tajemnicą.
A co do chorób, wypadków i katastrof - są one przygotowane z góry, najczęściej już na wiele lat wcześniej. Z waszej strony wygląda to wszystko dość strasznie, ale z drugiej jest uznawane za normalną kolej rzeczy. I doskonale o tym wiecie tam po drugiej stronie.

Cóż mogę powiedzieć, właściwie nie boję się śmierci, raczej czekam na nią z zainteresowaniem. Wiem, że zobaczę wtedy Ciebie.

To prawda.

I będzie bardzo fajnie.

O tak.

Czy już wiadomo, kiedy to nastąpi?

Z dokładnością do godziny.

To dobrze, lubię precyzję, w niej, jak sądzę, wyraża się doskonałość.

Masz poczucie humoru.

Chyba po Tobie, Ojcze.

Dawno Mnie tak nie nazywałeś.

Rzeczywiście, trochę czasu upłynęło, czy może masz coś przeciwko temu?

Nie, skądże, ale "Baba" jest słodsze.

Sanskryt to dziwny język. Natchniony.

Przeze Mnie.

Czy mogę mieć jeszcze dodatkowe pytania odnośnie mego Gościa tamtego wieczoru?

Oczywiście, pytaj śmiało.

W naszej kulturze śmierć jest zazwyczaj kobietą, a tu pojawił się mężczyzna, przystojny i na dodatek taki czuły.

Tak było.

Dlaczego akurat w takiej formie?

Dla istoty duchowej forma nie ma znaczenia, ponieważ liczy się Treść. Mistrz wybrał taką formę, ponieważ była w tym czasie dla ciebie odpowiednia.

Nie czułem, że był Mistrzem, ale wyraźnie, że Śmiercią.

Odczuwałeś Jego miłość i to właśnie była Jego wizytówka. To był jeden z Mistrzów pełniących rolę strażników pomiędzy światami, tych, którzy w pewnych okolicznościach prowadzą umierających ludzi na drugi brzeg.

Czy mógłbyś powiedzieć na ten temat nieco więcej?

Innym razem, nie dziś. Wiedza nie jest tak ważna jak miłość i nie należy nigdy zastępować jednej drugą, zapamiętaj to. Jeśli masz do wyboru kierować się głosem rozumu albo postępować za Boską Miłością, zawsze wybieraj to drugie. Śmierć jest częścią życia. Żyjesz dalej poza światem materialnym. Istnienie nie kończy się nigdy. Przyjdziesz do Mnie, to wszystko sobie przypomnisz.

Będziemy mieli dużo do omówienia.

Rozmowa serc toczy się bez słów.

Boskie Światło

Pamiętam, jak przed laty w Indiach siedziałem w ashramie w oczekiwaniu na Twój darshan. Byłem porządnie zmęczony wielogodzinną podróżą taksówką przez rozpalone słońcem góry. Kiedy pojawiłeś się w oddali, obserwowałem, jak napływa czysta i świeża energia, radość, uniesienie, i zaczynam mieć doskonałe samopoczucie. W naturalny sposób przyszło zrozumienie wielu problemów i wgląd w tajniki psychiki. To było Twoje światło rozjaśniające mroki bytu osobowego.
Dziś, kiedy kieruję umysł ku Twej bliskości, pojawia się to samo odczucie i te same skutki. Dziękuję, że mnie nauczyłeś tych ćwiczeń.

Kontemplacja boskiej formy przynosi liczne błogosławieństwa, wznosi, oczyszcza, daje nowy napęd życiowy i stopniowo prowadzi poza obręb tego świata. Można być przywiązanym do takiej czy innej formy boskości, lecz najważniejsze jest Światło, które za jej pośrednictwem otrzymujesz, i to, że pomaga ci ono żyć i prowadzi ku wyzwoleniu. Stałe zatopienie w kontemplacji z umysłem skierowanym ku bliskości bożej jest najwyższą formą istnienia ludzkiego w ciele, co więcej, jest to możliwe do osiągnięcia.

Raczej otrzymania jako dar od Ciebie.

Tak, najpierw oczyszczenie i zmiana mentalności, przemiana serca, a potem już stałe i coraz pełniejsze odczuwanie Boskości, jaką jest.

Czy jest jakaś granica, nie wiem jak to powiedzieć, poza którą już nie możesz dać nic więcej, czy ta droga kiedyś się kończy?

Kończy się wtedy, gdy nie ma już pomiędzy nami rozdziału, ale zawsze mam coś do zaoferowania i niekoniecznie musi to być prezent dla ciebie. Potem i ty możesz dawać z serca - nie myśląc o sobie, dzielić się radością i szczęściem.
A jeśli interesuje cię to, czy Moje zasoby miłości i szczęścia mogą się kiedyś wyczerpać i czy istnieje dla nich jakaś granica, to wiedz, że nie istnieje.

Mój poprzedni nauczyciel twierdził, że najwyższą wartością jest poznanie samego siebie.

Poznanie siebie samego, jeśli masz na myśli sens absolutny, to tak, bo jest to równoznaczne z rozpoznaniem i zjednoczeniem się z Brahmanem. Ale on miał na myśli poznanie siebie jako osobowości i wolność od jej skrytego wpływu, a to jest dar uboczny, otrzymywany na drodze miłości, i wcale nie jest to takie ważne.
Umysł chce wiele wiedzieć, bo sądzi, że ta wiedza da mu wolność od skalań lub przewagę nad innymi, ale to błędna ścieżka. Wiele rzeczy usuwam z ciebie bez informowania cię o tym zewnętrznie, a i to, co wiesz dzisiaj, możesz jutro zapomnieć i zająć się czymś innym.
Wielu ludzi gromadzi duchową wiedzę, jakby to ona sama w sobie miała jakąś wartość, ale wartość ma jedynie duch, który ją ożywia i sprawia, że naturalnie, w jasnym wglądzie umiesz w jednej chwili ogarnąć istotę sprawy.
To, co ukazuje duch, jest ważne, a nie zgromadzone w książkach informacje. Nawet jeśli są prawdziwe, większość i tak nie będzie mogła do nich sięgnąć. Dlatego i to, co rozumiesz teraz, trzeba zapomnieć i nie przywiązując się, puścić jak okręcik na wciąż płynącą wodę.
Miłość jest ważna i ku niej należy się kierować, ku bliskiemu, niemal fizycznemu odczuwaniu boskiej bliskości i obecności, a resztą dobrze się bawić i z niczym nie wiązać.

Korzyści z zapisywania dialogów

Baba, zamiast spisywać rozmowy z Tobą, piszę wspomnienia z przeszłości. Nie odmawiam tej pracy wartości, tym bardziej że wiele mnie uczysz dzięki temu i pokazujesz, że te najwartościowsze odczucia są gdzieś we mnie wciąż obecne, ale to tak czy inaczej przeszłość.

Tak, to przeszłość, a ty rozliczasz się sam ze sobą. Pamiętasz sen, jaki miałeś dwa dni temu?

Szedłem gdzieś z matką - a wiem, że jak śni mi się matka, to chodzi we śnie najczęściej o Ciebie, o Boską Matkę - szedłem i nagle zauważyłem, że przeczesując ręką włosy, sporo mi ich zostaje na dłoni. Pokazałem to matce ze słowami: "Chyba niedługo będę całkiem łysy, jak mnich".

Wypadające włosy symbolizują pozbywanie się czegoś niepotrzebnego, a związanego z głową i myśleniem - ogólnie z obrazem świata powstającym w myśli i odczuciu. Tematy, które zacząłeś przywoływać pisząc, zaczęły bardzo silnie zmieniać twój stosunek do świata, zacząłeś myśleć o służeniu Mnie i innym, i stało się to nowym odkryciem. To jest znakomita rzecz i wielki dar, jaki otrzymałeś. A wszystko dlatego, że w końcu dałeś się nakłonić do zapisywania tego, co mam do powiedzenia. Idzie to podwójnym torem - opisy wydarzeń ilustrują różne prawdy życiowe i duchowe i pokazują, jak można żyć i tworzyć własne życie, mając Boga za Przewodnika i przyjaciela. I tak pisz dalej, a Ja będę urozmaicał opowiadania swoimi wtrętami i objaśnieniami. Pisz więc i nie ociągaj się, bo ten sposób komunikacji ze Mną będzie ci coraz bardziej potrzebny, tak jak dzisiaj.

Tak, powiedziałeś, że powinienem napisać kilka słów do znajomej, a ja broniłem się przed tym, ponieważ nie chciałem się wygłupić, tym bardziej że nie wiem, co się aktualnie z nią dzieje. Tyle wiem, co słyszę od Ciebie - że ma kłopoty.

I co się stało?

Usiadłem i po pierwszym słowie, które napisałem, zaczęły tak szybko płynąć następne, że nie mogłem zdążyć ze spisywaniem ich. Złościłem się, że piszę tak szybko i robię wiele błędów, aż w końcu dotarło do mnie, że żartujesz sobie ze mnie i starasz się mnie rozzłościć, i to mnie rozbawiło.

I co dalej?

Kiedy skończyłem, byłem zaskoczony, że napisałem tak wiele, a czuję się, jakbym nie napisał nic.

Bo nic nie napisałeś, to Ja ci wszystko dyktowałem. Od ciebie nie pochodziło nic.

Potem, gdy przeczytałem te dwie strony druku, byłem zaskoczony, jak konkretnie i stanowczo się wypowiedziałeś.

I co?

No i dziś ten list już został wysłany. Dziś jest dobry dzień, 23 listopada, dzień urodzin Sri Sathya Sai Baby. Twoje urodziny. Chcę Ci z tej okazji po pierwsze podziękować za wszystkie prezenty, jakie dostałem od Ciebie w ciągu ostatniego tygodnia, a było ich zaskakująco wiele. Bardzo Ci dziękuję. Oprócz wielu rzeczy jak najbardziej materialnych, szczególnie dziękuję za to, że pokazałeś mi, jak wielką radością jest dawanie i dzielenie się z innymi. Już nakupowałem fajnych prezentów dla znajomych, których na takie rzeczy nie stać. To była wielka radość. I oczywiście zabawa. Po drugie chciałbym Ci życzyć wiele radości i szczęścia, tego, abyś jak najwięcej znajdował ich w naszym działaniu tutaj i abyś mógł jak najczęściej dzielić się z nami Twoją miłością, bo wiem, że tego pragniesz.

To piękne życzenia, szczególnie to ostatnie. I dziękuję ci za nie. Przyjmij Moje błogosławieństwo.


ˆˆˆ góra


Copyright © 2001-2013 Portal AstralDynamics, Wszelkie prawa zastrzeżone
Uwaga: Redakcja AD nie ponosi odpowiedzialności za opinie użytkowników przedstawione na forum.
Mapa strony, Ostatnio szukane, Powered by Vegan CMS, Pozycjonowanie stron, Design by halley
Liczba osób na czacie: - Wejdź na czat