www.astraldynamics.pl - portal - forum
poniedziałek, 18 listopada 2019
» Strona główna   » Działy   » Odsyłacze   » Do pobrania   » Czat   » Szukaj  
Newsletter

E-mail:





Losowy cytat:

Być zmuszonym do uwielbiania absurdu - to najsmutniejszy stan, do jakiego może być doprowadzony człowiek świadomy swego rozumu.

» Johann Wolfgang Goethe



Z dna studni
Jesteś w: Działy » Świadome śnienie

Relacja z kursu świadomego śnienia prowadzonego przez dr Stephena LaBerge'a.
 

 

Z dna studni

 
Prolog, czyli jak wszystko się zaczęło.

 

Jesienią zeszłego roku wysłałem list do dr LaBerge'a z prośbą o wskazówki odnośnie badań. Dobry doktor zaproponował mi współpracę, wiosną zaś zaprosił do udziału w programie szkoleniowym organizowanym przez The Lucidity Institute (organizacja non-profit założona w celu badania świadomego śnienia). Seminaria takie odbywają się dwa razy w roku, w ośrodku wypoczynkowym w Kalani, na jednej z hawajskich wysp. Nie mogłem pojechać w maju, dopiero kiedy zgromadziłem fundusze i dostałem wizę amerykańską, wybrałem się na Hawaje.

Doktor Stephen LaBerge od kilkudziesięciu lat zajmuje się problematyką świadomego śnienia. Prowadzi badania związane z fizjologicznymi i psychologicznymi aspektami snów. Praca doktorska, którą obronił w roku 1980 na Uniwersytecie Stanforda, dotyczyła obiektywnego, naukowego potwierdzenia świadomego śnienia. Wcześniej poddawano w wątpliwość możliwość istnienia takiego stanu - albo śnimy, albo jesteśmy świadomi! Możliwość świadomej, krytycznej refleksji podczas marzenia sennego wydawała się prowadzić do sprzeczności. Mimo niepodważalnych protokołów i potwierdzenia wyników przez niezależne ośrodki badawcze, sceptycyzm środowisk naukowych był wielki. Dzisiaj nikt nie wątpi w fakt istnienia świadomych snów, a odkrycie tego fenomenu pozwala na wytłumaczenie zjawisk z pogranicza mistyki. Niektórzy z praktyków projekcji astralnej, czy innymi słowy - doświadczeń „poza ciałem" (ang. OBE, out-of-body experience), przyjęło model proponowany przez Stephena (np. Donald J. DeGracia). Model według którego sytuacja, gdy mamy wrażenie opuszczenia ciała nie różni się co do natury niczym od świadomego snu. Inne jest jedynie nasze przekonanie co do stanu, w którym się znajdujemy.

Z jednej strony odkrycia dr LaBerge'a zmuszają do weryfikacji istniejących teorii snu, a z drugiej dają dobre wyjaśnienie dla zjawisk „wyjścia z ciała". Możliwość ingerencji w rzeczywistość snu, eksploracja przez doświadczenie, a nie tylko w retrospekcji, jest nieocenionym narzędziem badania naszej psyche. Innymi słowy - narzędziem badania, w jaki sposób mózg konstruuje model fizycznego świata. Badania świadomego śnienia znajdują się na styku psychologii, neurofizjologii, filozofii i nauk kognitywnych.

Jednym z celów badawczych The Lucidity Institute jest opracowanie metod indukcji świadomego śnienia "na życzenie". Jest to trzytorowa ścieżka. Mamy zatem techniki psychologiczne, czyli metodę MILD - Mnemonic Induction of Lucid Dreaming, czyli Pamięciowe Wzbudzanie Świadomego Śnienia. Istnieją też urządzenia mechaniczne wspomagające tą technikę, Dream Light i nieco nowszy Nova Dreamer (ale nawet ten ostatni to konstrukcja licząca już ponad 10 lat). Wreszcie, prowadzone są badania nad farmakologicznymi środkami wspomagającymi. Więcej informacji na temat The Lucidity Institute można znaleźć na www.lucidity.com, oficjalnej stronie instytutu. Zachęcam też do zapoznania się z książkami Stephena, gdzie opisane są dokładnie techniki oraz możliwe sposoby wykorzystania świadomych snów.

Właśnie te dwie rzeczy, tj. techniki wywoływania świadomych snów oraz możliwe wykorzystanie tego stanu były przedmiotem warsztatów.

 

Dzień pierwszy, czyli złe pedały czyhające na dobrych heteryków.

 

 Droga z Hitachi do Kalani nie jest skomplikowana. Najpierw trzeba dostać się na lotnisko - to jakieś trzy godziny jazdy autobusem. Potem kilkugodzinny lot do Honolulu, następnie lokalnymi liniami lotniczymi do Hilo, stamtąd czterdzieści minut jazdy do ośrodka. Problemem są tylko wymogi bezpieczeństwa. Imperium strzeże swoich granic. Sprawdzenie bagażu. Deklaracja celna. Rozmowa z oficerem imigracyjnym. Ach, otrzymanie promesy wizowej to odrębna sprawa, o to starałem się kilka miesięcy wcześniej. Jesteśmy jednak młodym, obiecującym naukowcem, chyba nawet Imperium widzi korzyść z wpuszczenia nas na swoje terytorium.

W Hitachi w listopadzie jest już chłodno, na  Hawajach temperatura oscyluje od 18 do 30 stopni przez cały rok. Nie ma pór roku. Można albo zmarznąć w jednym miejscu albo zgrzać w drugim. Zgniły kompromis sprawił, że i zmarzłem, i spociłem się. To ostatnie kilka razy.

Wreszcie - Aloha! Znalazłem się na lotnisku w Hilo z Bebette, recepcjonistką z Kalani. Umówiłem się wcześniej na transport z lotniska (alternatywa - wynajęcie samochodu lub taksówka). Wszystko dobrze, tylko... gdzie są moje bagaże?! Nie dotarły. Wypełniłem zgłoszenie zagubienia, a miły, gruby Hawajczyk z obsługi lotniska obiecał przywieźć je po południu. Bebette odwoziła też jeszcze jedną uczestniczkę, nie było nudno po drodze. Nie było mi nudno, bo pogrążyłem się w rozpaczy - obie moje towarzyszki były przemiłymi, ale babciami.

Mój pokój nie był jeszcze gotowy, ale po jednym pociągnięciu nosem w mojej obecności, recepcjonista wcisnął mi ręcznik kąpielowy i odesłał na basen. Być może w innej sytuacji kąpiel w zwykłej bieliźnie, a nie kąpielówkach by mnie odstraszyła. Czyż jednak cywilizacja nie jest tylko cienką skorupką, która opada z nas w chwili wyższej konieczności? Zjadłem obiad, a kolejne kilka godzin spędziłem w wodzie.

Stołówka i basen. To dwie bardzo ważne rzeczy, które miały decydujący wpływ na moje zadowolenie z pobytu. Posiłki funkcjonowały na zasadzie szwedzkiego stołu, do głównego dania np. spaghetti czy burito, można było wybrać sobie najróżniejsze owoce i warzywa. Na śniadanie były też orzechy, do obiadu i kolacji przeważnie dodawano deser. Na stołówce zawsze były gotowe napoje, oryginalne herbaty, soki owocowe i zwykła woda. Ceny posiłków nie były małe, a uczestnicy narzekali, że jedzenie jest limitowane. Po pierwsze, „główne danie" było racjonowane, a po drugie - jeśli się przyszło później, co lepsze rzeczy były już zjedzone. Kiedy podano pizzę i można było wziąć ledwo dwa kawałki, wszyscy byli zbulwersowani. Mimo tych niedogodności, głodny nigdy nie byłem, nie miałem potrzeby podjadać między posiłkami. W najbliższe sklepy były kilkanaście kilometrów od ośrodka, sklepik przy recepcji oferował słodycze oraz artykuły pierwszej potrzeby.

Basenik był mały, otoczony drzewami i krzakami. Między innymi z tego względu, że po piętnastej nie wymagane było żadne ubranie. Sporo osób płci obojga kąpało się nago. Woda w basenie była cudowna, a do tego do naszej dyspozycji mieliśmy saunę i dwie wanny z gorącą wodą. Większość czasu poza seminariami spędzałem właśnie tam. Wyglądało na to, że oprócz śniących nie było przez większość pobytu żadnej innej grupy, na basenie spotykali się więc uczestnicy warsztatów, rozmawialiśmy o snach, poznawaliśmy się nawzajem.

Pierwszego dnia nie znałem jeszcze położenia wszystkich obiektów, kręciłem się po ośrodku. Zanim dotarłem na basen, zostałem zaczepiony przez tubylca. Starcie cywilizacji przebiegło wyjątkowo gładko, podejrzeń nabrałem dopiero przy pytaniach czy mam dziewczynę i żonę. Przy pożegnalnym uścisku podejrzenie przybrało na sile. Dopiero następnego dnia mój nowy znajomy powiedział wprost, że jest gejem. W Kalani dużo było homoseksualnych mężczyzn, zdaje się że główny manager sam jest gejem. Kalani w ofercie ma sporo warsztatów dla panów tej orientacji, np. Joga Gejów. Mój nowy znajomy opowiadał mi swoje sny, ale sądzę, że zmyślał. Krótko mówiąc mówił to, co chciałem usłyszeć.

Jednej rzeczy byłem szalenie ciekaw. Jak wygląda Stephen? Jaki jest przy bliższym poznaniu? Do tej pory rozmawiałem z nim tylko przez telefon, widziałem zdjęcie. Pojawił się na kolacji. Wtedy też poznałem dwoje innych organizatorów. Dominicka, który specjalizuje się w technice WILD (Wake Inducted Lucid Dreaming, czyli wchodzenie w świadomy sen bez utraty świadomości), a szczególnie interesuje się stanem z pogranicza snu i jawy; oraz Keelin, która zajmowała się większością spraw organizacyjnych, a od spraw „sennych" najbardziej interesowały ją sny lecznicze. Oboje bardzo ładnie się uzupełniali, Dominick sam określa siebie jako „typowego samca alfa", Keelin jest przemiłą kobietą i nie raz w trudnych sytuacjch jej odmienne od męskiego podejście było niezwykle użyteczne. Co do Stephena, ktoś określił go jako „Skrzyżowanie Billa Murraya i Stephena Hawkinga". Spotkało się to jednak z natychmiastowym protestem Kale'a, najmłodszego uczestnika warsztatów. Siadł sztywno w krześle, przekrzywił głowę i imitując jednym palcem stukanie na klawiaturze, powiedział: „Puenta! H.A.H.A.H.A" Zdecydowanie jednak Stephen łączy w sobie showmana i naukowca. Mówi bardzo szybko, niekiedy trudno zrozumieć co chce przekazać - głównie w sytuacji, jak to złośliwie podsumowano, kiedy Stephen sam nie wie, co chce przekazać.

Właściwe przedstawienie nastąpiło dopiero podczas pierwszej wieczornej sesji. Długo by mówić, jakie najdziwniejsze typy pojawiły się na warsztacie! Poruszane były bardzo osobiste sprawy, chyba trudniej o bardziej intymną rzecz niż treść marzeń sennych. Nie ze wszystkimi nawiązałem bliższą znajomość, ale osoby,  z którymi się zaprzyjaźniłem będę prezentował stopniowo w mojej relacji. Z osiemnastu uczestników było dwoje miejscowych, Kale i Ma'ata, trzy osoby z Europy. Jedna z uczestniczek była niewidoma. Średnia wieku to około 40-50 lat, zaniżał ją siedemnastoletni Kale. Podejrzewam, że drugim najmłodszym byłem ja. Mniej więcej tyle samo kobiet, co mężczyzn. Po przedstawieniu, zaprezentowany został  typowy porządek dnia. Po śniadaniu - sesja poranna, głównie opowiadanie i analiza snów z poprzedniej nocy. Krótkie wprowadzenie do tematyki dnia. Wieczorem, dłuższy wykład Stephena, czasem filmy. Niekiedy w ciągu dnia mieliśmy dodatkowe zajęcia, jak na przykład wykład Dominicka o WILD. Uprzedzając fakty powiem, że wybraliśmy się na dwie wycieczki. Jedna do Wulkanicznego Parku Narodowego, a druga - na pole zastygłej lawy, gdzie można też było zobaczyć płynącą lawę. Dostaliśmy też pierwszą pracę domową: przynieść gwiazdę. Zadanie na noc - NIE mieć świadomego snu. Odpocząć. Niektórzy mieli bardzo długą podróż, szczególnie osoby z Europy.

W Kalani są cztery hale dla gości. Hale to słowo z hawajskiego oznaczające po prostu „dom". Każda jednopiętrowa hale miała kilka dwu- lub jednoosobowych pokojów. Ja mieszkałem przy krańcu ośrodka, w hale numer cztery. Dzieliłem pokój z Kanadyjczykiem Gordonem, który trochę podobnie jak ja prowadził badania. Interesowały go związki pomiędzy świadomym snem a depresją. Gordon jest nieco roztrzepany i zgromadził dużo gwiazdek podczas pobytu (o co chodzi z gwiazdkami, wyjaśnię później). Najważniejsze, że okazał się sympatycznym i bezkonfliktowym współlokatorem.

Po zachodzie słońca ochładzało się szybko, na Hawajach nie trzeba używać klimatyzacji. Mieliśmy jedynie wiatrak w pokoju. W oknach - moskitiera. Nocne owady, żaby i ptaki hałasowały bardzo mocno. Po mieszkaniach swobodnie hasały małe jaszczurki - gekony, niekiedy odzywając się donośnym „kekeke". Karaluchy były większe od gekonów, nie wydawały żadnych odgłosów, wpełzały na ścianę pełne milczącej obrzydliwości. Światła nie należało palić, bo mimo siatki na oknach, robactwo wyłaziło ze szpar (podczas projekcji filmów, płótno pokryte było najróżniejszymi owadami).

Mimo tego nigdy nie miałem problemów z zaśnięciem, zasypiałem w ciągu pięciu minut od złożenia głowy na poduszkę.

 

Pierwszej nocy zasnąłem szybko i nie zapamiętałem żadnych snów.

 

 Dzień drugi, czyli świadomość jako efekt strachu i niepewności lub jak zostałem masonem.

 

Pobudka, golenie, śniadanie. Naprawdę, posiłki byłby godne oddzielnej relacji, trzeba by bowiem opisać nie tylko jedzenie, ale również urodę obsługi. Obojga płci. Długo nam schodziło na stołówce. Można było pytać organizatorów o różne osobiste sprawy, na poruszenie których nie starczyło czasu podczas oficjalnych spotkań. Wtedy też była okazja posłuchać pochwał i narzekań uczestników. Poplotkować o Stephenie. On bowiem nie pojawiał się podczas śniadań.

Siadaliśmy przy stołach, rozbici na kilkuosobowe grupki. Rozmawialiśmy o snach i graliśmy w „Pamiętam". Indywidualnych turystów było niewielu, z reguły pojawiały się zorganizowane grupy, jak nasza. Grupa Jogi przysłuchiwała się naszym rozmowom o snach, zadawali pytania. Nawet w takim miejscu jak Kalani, świadome śnienie było czymś egzotycznym.

Kalani ma dwa zwierzaki. Czarną jak smoła sukę Po, czyli Noc i rudą kotkę Ginger. Lubią się. Po została skrzywdzona przez ludzi, teraz jest bardzo smutnym, apatycznym pieskiem.

Lecz oto pierwsza poranna sesja. Żeby móc śnić świadomie, trzeba zapamiętywać sny. I o zapamiętywaniu głównie mowa. Wykład o fazach snu - śnimy każdej, każdej nocy wielokrotnie. Początkowo krótko, nad ranem faza REM (ta, w której pojawiają się sny) wydłuża się do kilkudziesięciu minut. Tego typu zagadnienia, to znaczy fizjologia snu, co nauka ma do powiedzenia o spaniu i śnieniu, będą poruszane przez kilka najbliższych dni. Potem przesuniemy się w stronę psychologii snów, ich znaczenia i zastosowania, by zakończyć na duchowych i filozoficznych implikacjach świadomych snów.

Sprawdzamy pracę domową. Czy każdy pamiętał przynieść gwiazdę? Dla niewidomej Thei gwiazda to abstrakcyjny koncept - kilka punktów zgromadzonych dookoła centrum. Co to jest i jak ją przynieść? Dla innych sprawa jest prostsza, gwiazdę można wyciąć z papieru czy narysować. Przy okazji ważne wyjaśnienie - dużo łatwiej zapamiętać, żeby coś zrobić, kiedy zastanawiamy się, jak to zrobić. Wyciąć? Ale skąd wziąć nożyczki? Może prościej narysować? Czy będę chciał zachwycić wszystkich swoją gwiazdą? Pierwsza praca domowa wprowadza w trening pamięci intencji. A trenować będziemy ją na dwa sposoby. Po pierwsze, kiedy ktoś z członków nam coś poda, należy wykonać tajny znak. Puścić oko, dotknąć czoła. Przypomina mi się skecz Monty Pythona o masonach. Kiedy ktoś zapomni, żeby pamiętać - na jego identyfikator nakleja się gwiazdkę. Ta gra nazywa się „Pamiętam" („I remember"). Gramy w nią do końca pobytu. Do drugiego ćwiczenia potrzebna są sygnalizatory, „'sponders”, jak nazywa je Stephen. Kiedy podczas wykładu padnie słowo-klucz - trzeba nacisnąć guzik.

Pamięć intencji to podstawa techniki MILD. Pamiętam, by we śnie zrobić to i to. Koncentruję się na celu. Dużo łatwiej mieć świadomy sen, kiedy mam konkretne zadanie. Przypomina to sytuację, kiedy mówimy przed wyjściem do sklepu: „Będę pamiętał, by kupić cukier". By ułatwić nam zapamiętywanie, stosuje się tzw. znaki snu. W przypadku zakupów to proste - widzę cukier, aha! miałem go kupić! Ale nawet spostrzeżenie torebka mąki (podobny kształt) lub cukierków (też słodkie) mogą nam przypomnieć, że mamy wziąć cukier. W snach doświadczamy dziwnych zjawisk, nietypowych emocji, myślimy nielogicznie. Dla Stephena bodźcem do rozpoznania snu był strach. W pierwszym roku jego ćwiczeń, koszmar był często początkiem świadomego snu. Z biegiem czasu, stawało się to coraz rzadziej, a i same koszmary zanikały, przy czym ilość świadomych snów wzrastała.

Za znakami snów stoi też proste spostrzeżenie, że przeważnie reagujemy instynktownie. Bezrefleksyjnie. I nie jest to złe. „Jeśli widząc tygrysa zacznę się zastanawiać, czy to sen, czy jawa, czy to tygrys ze snu, czy może inny fenomen, trzask! zostałem zjedzony". Tym niemniej, refleksja i świadoma analiza sytuacji to jedyna możliwość znalezienia wyjścia z nowej, niespotykanej sytuacji. Nie zawsze instynkt podpowiada nam właściwą drogą. W rodzinie, w małżeństwie często bywamy wyprowadzeni z równowagi, podnosi się nam adrenalina, włącza instynkt walki lub ucieczki. A przecież w odniesieniu do partnera nie jest to najlepsza reakcja. Dopiero, kiedy uświadomimy sobie swoje emocje, poddamy w wątpliwość zasadność odruchowej reakcji, możemy zareagować lepiej.

Drugiego dnia skupiamy się jednak na zapamiętywaniu snów, o reagowaniu będziemy mówić trochę później. Nie ruszaj się po obudzeniu. Czy masz jakieś skojarzenia? Śpij kilka godzin, zrób przerwę godzinną, pośpij jeszcze. Wszystkie te techniki są opisane gdzie indziej szczegółowo, na wykładach mamy dodatkowo możliwość zadawania pytań, sprawdzenia, czy wszystko dobrze rozumiemy. Stephen opowiada o kotku, któremu się przyśniło, że pies sąsiada umarł, a do tego wprowadziła się tam rodzina myszy. Na jawie myli sen z rzeczywistością, idzie na śniadanie i... zostaje zagryziony. Ciekawe wnioski - nasza zdolność zapamiętywania snów jest związana z tworzeniem historii. Dzięki temu, że po przebudzeniu potrafimy opowiedzieć sen, jesteśmy w stanie uchwycić go na dłużej niż chwilę.

  Wieczorem oglądamy „ExistenZ". Trudno mi się pozbyć wrażenia, że nasza seminaryjna grupka to właśnie taka zbieranina jak gracze w ExistenZ. Jeszcze lepiej - jak ekipa „Zagubionych", albo reality shows.

 

 

W nocy mam różne sny. Śni mi się pies zabijający kota. Kot był przegryziony w połowie ciała, zwisał psu z pyska. Nieprzyjemne.

 

 Dzień trzeci, czyli Good Morning, Vietnam.

 

Dzisiaj pojawiła się ekipa programu Good Morning America. Filmowali, robili wywiady. Reporter początkowo był bardzo sceptyczny, pytał się o sprawy duchowe. Chyba - i nie bez podstaw - traktował nas jak grupę sekciarzy. Bardzo ciekawe było obserwowanie, jak jego nastawienie się zmienia, a pod koniec sesji zdjęciowej był już autentycznie zainteresowany świadomym snem.

Stephen opowiada dokładnie o znakach snu. Zaczynamy grać w „Pamiętam”, dostajemy 'spondery. Mamy też prezentację działania Nova Dreamer'a, dla chętnych - można wziąć i korzystać. Wyjaśnianie zasad gry „Pamiętam”, nauka obsługi Nova Dreamera i objaśnianie, czym są znaki snu i jak wykonywać testy rzeczywistości, zajmują nam sesję wieczorną.

Omawiamy też film z poprzedniego wieczoru. W jaką grę gra każdy z nas? Co jest celem? „Gramy, gromadzimy zabawki, potem umieramy i kto zgromadził więcej zabawek, wygrał”, ironizuje Stephen. W filmie mamy na niższym poziomie grę o nazwie „ExistenZ”, „egzystencja”, a potem „TranscendeZ”, „transcendencja”.

Późnym wieczorem projekcja fragmentu filmu Louisa Bunela „Ukryty obiekt pożądania”. Dobra ilustracja, jak mało uważni jesteśmy podczas jawy. Kto oglądał, wie, o co chodzi. Kto nie oglądał, niech zapozna  się z filmem i poćwiczy przy tej okazji uwagę.

 

W nocy mam sen, na którym oparłem swój cel świadomych snów. (“Co zrobię, kiedy już stanę się świadomy”) To czwarty ze snów opisanych poniżej.

 

1) Stephen uczy mnie tańczyć. „Trzymaj stopy razem”, poucza. Potem włażę na dach, skaczę po budynkach, latam.

 

2) Jestem w pokoju w Kalani, jest ze mną G., kolega z Hitachi. W pomieszczeniu jest wielki jaszczur, jakby waran. G, oświetla go latarką, na bokach gada pojawiają się odblaskowe wzory. Zastanawiamy się, skąd ten stwór się tutaj mógł wziąć.

 

3) Rozmawiam z przyjacielem, M. Czytamy książkę i rozmawiamy o szermierce. Po przebudzeniu pamiętam tylko, że często pojawia się słowo „pustka”..

 

4) (Ten sen był dość długi, opiszę tylko najistotniejszą część)

Idę z nieznajomą dziewczyną, mija nas ktoś, rzuca „Hello, Jill. Hello, Jack". [To od angielskiego przysłowia „Every Jack has his Jill", sens pozdrowienia postaci chyba najlepiej oddaje „Cześć, Jacek i Barbara", z dziecinnego pokrzykiwania „Jacek i Barbara, zakochana para"] Siadamy na ławce, dookoła jest dużo zieleni, ładne trawniki. Znajdujemy się naprzeciwko wejścia do dużego budynku, jakby uniwersytetu. Dziewczyna jest szczupła, młoda, ma krótko ostrzyżone włosy, jej oczy mają nieokreślony, zmienny kolor między niebieskim a zielonym. Oczy ma okrągłe, cerę lekko śniadą, ogromnie trudno mi określić jej fenotyp. Opowiada o sobie, jest między nami nieporozumienie, myślę na początku, że jest z Ukrainy, ale ona mówi, że tylko chce tam jechać. A jest z Tien Shien. Myślę sobie, że później sprawdzę w google, co to za miejsce, wstydzę się przyznać do niewiedzy. Zastanawiam się, czy ona chce jechać na Ukrainę, bo może mylnie sądzi, że to mój ojczysty kraj. Odzywam się więc, „Jestem z Polski”.  Zdejmuje i pokazuje swój zegarek na rękę, potem pierścionek. Pierścionek ma zamiast oczka śrubkę, tzn. jest tam po prostu wypukły metal z rowkiem. Rzuca też mimochodem, że niekiedy czuje się bardzo samotna.

Naprzeciw nas siedzi nie kto inny, tylko Stephen. Wyśmiewa, że jestem tak otwarcie dziewczyną zainteresowany.

Budzę się, ale jest to fałszywa pobudka. Oglądam zegarek, który dała mi dziewczyna ze snu.

Wymieniam parę słów ze Stephenem, ale nie chcę monopolizować jego uwagi - wokół są inni śniący. Wreszcie budzę się naprawdę.

 

Dzień czwarty, czyli Army of Doom coming into the room.

 

 Opowiadamy swoje sny. Chociaż mój sen nie jest świadomy, tematem są również znaki snów. Mówię, że dla mnie znakiem był ów dziwaczny waran oraz Stephen. Kiedy opowiadam pierwszy sen, Stephen komentuje „A, tak przy okazji, ten taniec wygląda tak - raz, śnię, dwa, śnię” („One, I'm dreaming, two, I'm dreaming”) Oczywiście, że tańczy przy tym.

Sprawdzamy jak poszło działanie Nova Dreamera. Do znudzenia powtarzane jest, by testować rzeczywistość. Maska urządzenia jest wyposażona w guzik. Kiedy się go naciśnie, czuć fakturę, guzik wydaje ciche „klik”, a diody na masce błyskają. W snach brak koordynacji zmysłów, zatem coś na pewno będzie nie tak. Podobnie, gdy we śnie rzucimy kamień, możemy stuk usłyszeć już po tym, kiedy kamień upadnie na ziemię. Dominick opowiadał, że kiedyś był strasznie pewny siebie. Ja przecież zawsze wiem, kiedy śnię, a kiedy nie! Pewnej nocy zbudził się leżąc w ciemnościach. Był pewien, że to jawa. Jednak, zmęczony przekonywaniem Stephena „Naciśnij guzik! Push the button!”, nacisnął. I jakież było jego zdumienie, kiedy ręka przeszła na wylot przez głowę! Konkluzja? Nigdy dość testów rzeczywistości.

Wieczorem mamy arcyciekawe demonstracje, jak nasza umysł nam płata figle. Przykładowo, Stephen pyta nas, ile słów usłyszymy i ile rytmów. Następnie puszcza nagranie. Dużo różnych słów potem podajemy, zmienne rytmy. Okazuje się, że słowo jest tylko jedno, tak samo jeden rytm mówienia. Po prostu po chwili słuchania nasz mózg „nudzi się” i zaczyna „zmyślać”. Słowo przechodziło ze „Spread” w „Sweat”, potem słyszałem „Lets”, „Legs” i inne. Podczas któregoś z poprzednich warsztatów, zaproszony gość przysięgał, że tam jest jego imię, i że całe nagranie to żart z niego. Takich nagrań puszczonych zostaje kilka. Mamy też prezentacje wizualne i audiowizualne. Wszystko to ma na celu zaprezentowanie, że nie widzimy świata jako takiego - ale postrzegamy konstrukcję, jako tworzy nas umysł na podstawie fizycznych bodźców. W ten sposób powstaje model świata. W snach - bodźce znikają, ale model pozostaje. Dlatego najbardziej wyraźnymi przeszkodami w snach jest grawitacja i spoistość przedmiotów. Po prostu na jawie tak mocno jesteśmy uwiązani do nich, że są bardzo trwale wpisane w nasz model świata. I tym większa satysfakcja, gdy latamy w snach.

Stephen mówi też o oczekiwaniach i sposobie, w jaki wpływają na nasze sny. Kiedy idziemy we śnie ciemną uliczką, spodziewamy się napadu. I oto jest - jakiś kształt! Przyspieszamy kroku, spodziewamy się, że kształt nas będzie ścigał i w istocie. No, to pewnie nas ściga, żeby nas zaatakować! I tak dalej, spirala się nakręca i już, już, Army of Doom is coming into the room („Armia Ciemności wkraczają do pokoju”). Ważne jest więc, jak podchodzimy do postaci ze snu. Uroczy obrazek - dwie starsze panie wyglądają przez okno, a tam - wielki owad. „Za oknem jest wielki, obrzydliwy robak!” „Tak”, odpowiada druga, „ale może to wielki, obrzydliwy robak, który potrzebuje pomocy?”

Prezentowane są też techniki, jak stabilizować sen. Najprościej - potrzeć ręce. Ogólnie mówiąc, należy się zaangażować w sen, pozwolić, żeby rzeczywistość snu wyparła fizyczną rzeczywistość. Na pograniczu snu i jawy bowiem rywalizują dwa modele - ten z naszej pamięci i oczekiwań i ten odnawiany z każdą chwilą fizycznymi bodźcami. Pocierając ręce skupiamy się na doznaniach pochodzących z wnętrza snu, i senny świat zaczyna dominować.

Ustalaliśmy też, jaki będzie nasz cel we śnie. Ja postanowiłem poznać lepiej ową tajemniczą dziewczynę, którą nazwałem w myślach „Dziewczyną z Tien Shien”.

 

Ponownie sny miałem długie i liczne, dlatego w skrócie opowiem najważniejsze.

 

1) Biorę udział w queście, rywalizuję z innym mężczyzną. Trafiamy na cmentarz, na którym jest strażnik. Mój konkurent obawia się go, ja też w pierwszej chwili czuję lęk. Potem jednak mówię sobie, że przecież nic mi nie grozi, wychodzę strażnikowi na przeciw.

Strażnik okazuje się kobietą w lekkiej zbroi, ma długie, czarne włosy. Mówi mi, że muszę wykonać trzy rzeczy, by wykonać quest. Po pierwsze, odpowiedzieć na zagadkę „W jednym kraju rządzi demokracja, w drugim tyran, a w trzecim kucharz. Gdzie tkwi sekret?”; po drugie, pocałować ją. Nie dowiaduję się, jakie jest trzecie zadanie, budzę się.

 

2-LD) Znajduję się na otwartej przestrzeni, poznaję, że śnię. Czuję przy tym, że to płytki sen. Przypominam sobie słowa Stephena, i staram się ustabilizować środowisko. Dotykam i oglądam ściany niedaleko mnie. Jest szara, chropowata, wykonana jakby z gliny. Zaczynam rozmawiać z postaciami, pozwalam płynąć swobodnie konwersacji. Wreszcie czuję, że mogę przejść do działania. Pytam towarzysza, czy zna dziewczynę z Tien Shien. Odpowiada z entuzjazmem, że oczywiście! Pytam dalej - czy wie, jak ona ma na imię? Niestety. Chcę się zatem dowiedzieć, gdzie dziewczyna teraz mieszka. Postać odpowiada, że w Tokio. Chcę przeprowadzić wróżbę, dowiedzieć się czegoś o moim „ukrytym obiekcie pożądania”. Zbieram wszystkie postacie dookoła siebie, rysuję krąg na piasku. Myślę, że oni udzielą mi swojej mocy, a ja jakoś się dowiem jej imienia. Zastanawiam się - czy może napisać litery na piasku? A może inaczej? I podczas tych rozważań, budzę się.

 

Dzień piąty, lub jak zostałem protagonistą Waking Life.

 

 W onirycznym filmie Waking Life bierny bohater miotany jest od postaci do postaci, wysłuchując najdziwniejszych poglądów na życie. Kiedy po sesji porannej moczyłem się na basenie (tym razem przy użyciu piankowej rurki, którą wygiąłem w kształt litery U), rozmawiałem z Patem. Bardziej jednak było to jak scena z Waking Life - słuchałem skomplikowanych rzeczy, które opowiadał mi Patrick, o tym jak dokonał zmian w swoim życiu. Ważył 160 kilo, miał problemy neurologiczne, nie umiał nawiązywać kontaktów z ludźmi. Dzisiaj jest szczupły, od lat nie miał nawet kataru. Nie można o nim powiedzieć, że jest lwem salonowym, był chyba najbardziej poważnym uczestnikiem warsztatów, ale o problemy w życiu towarzyskim bym go nie posądzał.

A skoro o życiu mowa. Jednym z zastosowań świadomych snów jest właśnie ćwiczenie społecznych interakcji. Nie jest gwarantowane, że sympatia i otwartość wobec postaci ze snu przełoży się automatycznie na zachowania na jawie. Jednak po co mamy cierpieć odrzucenie również we śnie? Gdzie jak gdzie, ale tam możemy coś z tym zrobić - bez obawy, że coś się nie uda! 

Rozmawiając z Patem zrobiłem ze sto testów rzeczywistości - było to bardzo oniryczne przeżycie. Dużo czynników na to wpłynęło, chciałbym o jednym wspomnieć, mało oczywistym. Chodzi o to, że unosiłem się w wodzie, miałem wrażenie nieważkości. Wydaje się, o czym też była mowa na wykładach, że istnieje związek między odczuciami kinestetycznymi, a świadomym snem.  Miałem też „bonding experience”, czyli „zbratanie się” z Kalem. Nieopodal Kalani znajduje się „The Point”, czyli „Punkt”. Urocze miejsce, skarpa nad oceanem. Tam się udaliśmy, na terenie ośrodka obowiązywał zakaz palenia. Okazał się być miłośnikiem japońskiej popkultury (innymi słowy, anime i manga), mieliśmy więc o czym rozmawiać. Dał się też poznać jako lokalny patriota, opowiadał o projekcie szkolnym - badanie pasa starodawnych hawajskich osiedli. Obecnie te tereny są zamieniane na hotele, pola golfowe i ośrodki wypoczynkowe, przeciw czemu występuje Kale. Jego udział w naszym warsztacie też był związany z projektem, zaliczał pisanie reportażu. A że interesuje się od niedawna świadomym snem, połączył obowiązek i przyjemność. Kale stał się moim ulubionym uczestnikiem, nie tylko dlatego, że był ładnym chłopcem (jak się integruje Animę, to takie są skutki uboczne... albo wpływ aury Kalani), ale też chłopcem bystrym i nie pozbawionym samokrytycyzmu. Sporo mi opowiadał o Hawajach.

Zatem dzień obfitował w zacieśnianie więzi, a na wykładach - adekwatnie - poruszana była dalej tematyka wpływu na sen i traktowania sennych postaci. Warto po każdym śnie, koszmarze, zwykłym lub świadomym, zadać sobie pytanie - co zrobiłem nie tak? Jak chciałbym zmienić swoje postępowanie? Pragnę tutaj zaznaczyć, że wiele z tych technik wyśmienicie można stosować w odniesieniu do jawy np. zmieniać swoje postępowanie nie tylko we śnie, ale i na jawie. Stephen tłumaczył dalej - skoro operujemy na modelu, zarówno we śnie, jak i na jawie, to nic nie różni postaci ze snu od postaci z jawy! A przynajmniej - niewielka jest różnica na poziomie percepcji, emocji. W śnie mamy do czynienia z obrazem, który nie może nas skrzywdzić. Po co więc czuć złość i strach? Na jawie sprawa jest bardziej złożona, jednak umiejętność samokontroli, umiejętność odstąpienia na moment i powiedzenia sobie w sytuacji konfliktowej „Czy na pewno reaguję tak jak chcę?” jest bezcenna.

Wieczorem rozmowa zeszła też na seks w snach. Nie obeszło się bez chichotów. Stephen uraczył nas historią, jak jedna z kobiet biorących udział w badaniach przeprowadzała swoje własne “eksperymenty”. Podleciała do grupy sennych postaci - mężczyzn, i rzekła „Potrzebuję ochotnika”.

Oglądaliśmy film – „Dzień Świstaka”. Można spojrzeć na ten film jak na sen. Bohatera żadna trwała krzywda nie spotyka, może robić, co chce - podrywać kobiety, kraść pieniądze, rozbijać się samochodem. Jednak nic z tego nie daje mu szczęścia, mówi w rozpaczy „Nie co robię, nie ma znaczenia, wszystko się resetuje następnego dnia”. Kiedy jednak zmienia swoje nastawienie do mieszkańców miasta, jego życie staje się lepsze. Sposób, w jaki traktujemy postacie ze snu ma znaczenie. Można je mordować, gwałcić, wykorzystywać na różne sposoby. O ile jednak lepiej jest spytać: „W czy mogę ci pomóc?”.

 

Moje sny jednak nie były erotyczne. Opowiem ten najistotniejszy, czyli świadomy.

 

1-LD) Jestem na wycieczce z członkami warsztatów. Drzewa przy parkingu zaczynają do mnie mówić, zdaję sobie sprawę, że to sen. Jednak prawie natychmiast mam fałszywą pobudkę. Jestem w tym samym miejscu, kieruję się na parking - oglądam drzewa, lecz wyglądają całkiem normalnie.

Dochodzę więc do wniosku, że to jawa. Po chwili budzę się.

 

 Dzień szósty, czyli jak Stephen dostał własną świątynię shinto.

 

Rano omawiamy sny. Nie opisuję tutaj snów innych ludzi, powiem tylko, że od drugiej nocy kilka   osób codziennie ma świadome sny.

Kontynuujemy tematykę interakcji ze snem. Stephen opowiada, jak radzić sobie z koszmarami. We śnie wszystko wolno, należy przećwiczyć „na sucho” tj. w wyobraźni, kreatywne rozwiązanie i potem je zastosować we śnie. Ktoś opowiada swoje częste koszmary: „Muszę zaprezentować meble klientowi, ale okazuje się, że nie mam nic! Jestem nieprzygotowany!”. Stephen tłumaczy, jak on by zareagował. „Spójrzcie! To najnowszy krzyk mody! Nowe Meble Cesarza! Tak, ta właśnie pusta przestrzeń jest najlepszym umeblowaniem waszych domów!”. Podaje przykład z własnego snu. Znajduje się w małym pomieszczeniu, ściany go zaraz zgniotą. Są drzwi, ale zamknięte! Hmm, co zrobić? Stephen ze snu sięga do kieszeni i wyciąga klucz, otwiera drzwi i jest uratowany. Ten przykład ilustruje, jak powinno się działać w snach. Klucze nie pojawiają się znikąd, prawda? Intensywne myślenie, by klucz zmaterializował się może nie przynieść rezultatu - bo to niezgodne z naszym oczekiwaniem, z doświadczeniem z jawy. Często wyciągamy klucz z kieszeni. We śnie powinno się wykorzystać istniejący model świata na naszą korzyść, zamiast go magicznie zwalczać.

Po sesji porannej jedziemy do Narodowego Parku Wulkanicznego. Jadę ze Stephenem, jego żoną i Keelin. Po drodze trochę rozmawiamy o naszej (mojej i Stephena) pracy. Ponieważ jednak cała trójka już po raz n-ty uczestniczyła w tych warsztatach, Park nie ma dla nich wiele uroku. Zostają więc w restauracji, tylko Stephen podwozi mnie, bym mógł dołączyć do innej grupki. Po drodze opowiada mi, jak zbudowano mu własną świątynię.

Stephen jako mały chłopiec mieszkał w bazie wojskowej w Japonii, jego tata był oficerem lotnictwa amerykańskiego. „Czy jak przyłożysz zapalniczkę do węgielka, zapalisz go?”, spytał mnie Stephen. „Nie” - odpowiadam - „Temperatura płomienia jest niższa niż potrzebna do zapalenia węgla”. „No widzisz, a mnie się jakoś udało”. Bawiąc się z kolegami dobrali się do komórki, która najprawdopodobniej była składem kadzideł i innych łatwopalnych substancji używanych w ceremoniach. A potem poszło już według równania: dziecko + zapałki = świątynia shinto idzie z dymem. Nielojalne jankeskie maluchy szybko wskazały na Stefcia jako głównego winowajcę. I wieczorem tego dnia w domu państwa LaBerge'ów pojawili się żandarmi. Tata musiał zapłacić za odbudowę świątyni, a kilkuletniego Stephena długo pokazywali na ulicy „To ten mały diabeł!”. Ha, trudno się dziwić, że miał potem liczne koszmary.

O parku chyba nie ma co pisać - odsyłam do załączonych zdjęć. Może parę ciekawostek. 90% roślin hawajskich nie rośnie nigdzie na świecie. Jest to unikalny i bardzo delikatny ekosystem. Nie ma tutaj drapieżników, ani innych niebezpiecznych zwierząt. Wpłynęło to na zmianę wyglądu typowych gatunków, na przykład malina straciła kolce. Lasy Hawajów to tropikalna dżungla, ale pozbawiona dokuczliwych insektów. Brak drapieżników ma też negatywną stronę, bo brak jest regulacji populacji innych gatunków zwierząt. Małe żabki, których jaja przybyły w skrzyniach z owocami, rozmnażają się ponad miarę. Mangusty, które zostały wprowadzone do ochrony upraw przed szkodnikami, nie mają naturalnych wrogów, również zaczynają zaburzać równowagę ekologiczną.

Po powrocie koszmarów ciąg dalszy. Stephen trochę schodzi na jungowską teorię głębi, to co mówi przypomina ogromnie akceptację Cienia. Koszmary, powiada doktor, są odzwierciedleniem nieakceptowanych części naszej osobowości. Odrzucając jakąś część siebie nie tylko tracimy energię na trzymanie tego fragmentu w zamknięciu, ale również uniemożliwiamy zmianę. Dopiero przyjęcie do wiadomości, że są w nas poza dobrymi, również złe i bardzo złe skłonności, pozwala na  skuteczną pracę nad sobą i poprawę.

W streszczeniu wygląda to bardzo prosto, wykład przerywany jest pytaniami, Stephen nie szczędzi nam też przykładów.

 

Tymczasem, kontynuuję poszukiwania „dziewczyny z Tien Shien”.  Oto kolejny sen. (Spałem z Dream Light)

 

1-LD) Budzę się w swoim pokoju, w Kalani. Łóżko się dziwnie trzęsie, ale racjonalizuję to - to na pewno wibracje z wiatraka przenoszą się na łóżko. Pamiętam jednak, co mówi Stephen. When in doubt - push the button. „Kiedy masz wątpliwości - naciśnij guzik”. Naciskam, brak jest błysku. Ostrożnie wyślizguję się z ciała, siadam na łóżku. Idę w stronę wyjścia z przeczuciem, że moja „Tien Shien” tam będzie. Istotnie, jest, jednak chowa się za ścianą [w holu była ściana, z jednej strony miała umywalki. Można było ją obejść dookoła]. Dziewczyna woła figlarnie „Bliżej, bliżej!”. Chwilę gonimy się dookoła ściany, ona wciąż pozostaje poza moim zasięgiem. Zatrzymuję się, ponownie tej nocy przypominam nauki Stephena. Ta dziewczyna przecież nie jest „tam”. W śnie nie ma żadnego „tam". Ona, i wszystko inne, jest we mnie. Stoję wyprostowany, opuszczam ramiona, dłonie kieruję wierzchem ku przodowi. „Proszę, bardzo chciałbym cię spotkać, wyjdź do mnie”, mówię łagodnie. Wówczas dziewczyna wychodzi zza ściany i postępuje kilka kroków w moją stronę. Budzę się.

 

Dzień siódmy, w którym poznałem Holy Moly.

 

 Dzień minął pod znakiem Sędziwego Grzybiarza. Krótko mówiąc - dostaliśmy piguły. Mówiąc dłużej - The Lucidity Institute przeprowadzał badania o wpływie pewnej substancji na treść snu. Ów środek dostał nazwę kodową Holy Moly. Oczywiście, uczestnicy warsztatów mieli świadomość, co biorą, jednak nie wolno zdradzać nazwy Substancji, by zapobiec nadużyciom. Według mnie Holy Moly działa wyśmienicie, mogliśmy się przy okazji wyedukować ze sposobu działania różnych farmaceutyków na zapamiętywanie i treść marzeń sennych.

W moim dzienniku z tego dnia odmienione jest tylko „Holy Moly” przez wszystkie przypadki plus parę abstrakcyjnych rysunków. Na marginesie uwaga dla wszystkich domorosłych eksperymentatorów. Jeśli chcecie się czegokolwiek dowiedzieć, to koniecznie miejcie jakąś grupę kontrolną. Jeśli powiedzmy badacie wpływ witaminy B6 na zapamiętywanie snów, zaopatrzcie się w kapsułki na leki, takie, do których można coś schować, a one same rozpuszczają się w żołądku. Poproście, by ktoś załadował do jednych witaminę B6, do drugich coś, co będzie służyło za placebo (taka kapsułka grzechocze, jeśli zostawicie pustą, to za łatwo poznacie, co jest czym). Niech ta osoba zakoduje dawki, a wy spiszcie wasze doznania z nocy, i dopiero po zakończeniu badań sprawdźcie, gdzie była witamina, a gdzie placebo. Chodzi przede wszystkim o to, by wyeliminować element oczekiwań. Keelin miała fenomenalne świadome sny po placebo.

W ciągu dnia mieliśmy wykład Dominicka o WILD, technikach i padły odpowiedzi na nieśmiertelne pytania np. Co Zrobić Ze Śliną. Wieczorem natomiast przekroczyliśmy już granice fizjologii i psychologii, Stephen opowiadał o szukaniu w snach „Wyżyn”. Dokąd zaprowadzi nas sen, kiedy spytamy się o nas największy potencjał? Jaką odpowiedź udzieli nam sen na pytanie o kosmos, życie i wszystko? (poza tym, że brzmi ona „42”. Może lepiej więc pytać, jak brzmi to pytanie). Stephen lubi analogię z żołędziem, który ma w sobie zapisany potencjał bycia drzewem. Finalnym akordem poszukiwań prawdy w snach będzie puenta sufickiej przypowieści: „Po co szukasz nowej wiedzy, skoro nie wprowadziłeś w życie tej, którą już posiadasz?”

Na zakończenie dnia film grozy. W każdy razie, tak był reklamowany, według Stephena błędnie. „Ostatnia Fala”, Petera Weira. Ładny, z Chamberlainem. Hmm, mówiłem, że stężenie homoatmosfery spore w Kalani? I nawet filmy? Rick grał oczywiście przykładnego ojca rodziny. Film był bardzo oniryczny, ale na pewno by mi się bardziej podobał, gdyby następnego dnia Stephen nie rozebrał go na czynniki pierwsze i nie nakarmił swoją interpretacją. Nie ma nic złego w takim podejściu, ale jest to film z gatunku, który można oglądać wiele razy i samemu znaleźć klucz. Taka cena wykładów, profesorowie pozbawiają nas części przyjemności z samodzielnego odkrywania świata. Z wszystkich filmów ten był najcięższy, najbardziej skomplikowany. Trzeba by mieć solidne przeszkolenie z filozofii religii, by wszystko z niego wydobyć.

Mój system ustalony z Gordonem wygląda następująco. Gasimy światła o 23:45, potem o godzinie 4:30 pobudka. Mamy zatem trzy 90 minutowe cykle snu, budzimy się z dużą szansą zapamiętania snu. Potem godzina przerwy, mantrowanie przed snem „Będę pamiętał, żeby pamiętać”, i słodki sen do rana. Świadomy, znaczy się.  Dzisiaj, i w ciągu kolejnych nocy wzbogaciliśmy program o jeden punkt, czyli doustną aplikację Substancji.

 

Snów miałem zatrzęsienie, długie jak rzadko. Jeden z najdłuższych snów, jakie kiedykolwiek miałem. A najciekawszy, już w świetle tego, o czym kilka dni później rozmawiałem z Kalem, był ten fragment:

 

1) Jest jasny dzień, stoję przed domem w środku miasta. Jest tam niewielki ogródek, a właściwie sama goła, spulchniona ziemia. Szaman wygrzebuje w niej dołki, sadzi w rządku duże, zielonkawe nasiona. Trochę przypominają żołędzie.

 

Dzień ósmy, czyli Demonic Healing Department ( „Wydział Leczenia Demonicznego”)

 

Holy Moly działa. Moje koncentracja jest w strzępach. W dzienniku z dzisiaj mam takie ładne spiralki i rozetki na całą stronę. Uuu… Najprawdopodobniej dlatego, że doszliśmy do etapu, w którym dobry doktor nie bardzo wie, co chce przekazać.

Kiedy jesteś we śnie, rozejrzyj się dookoła. Widzisz stół, krzesło, może kawałek swojej nogi. Czy ten stół, to fizyczny stół? Oczywiście, że nie, to sen-stół. A krzesło na którym siedzisz? Oczywiście, to też sen-krzesło. Co z twoją nogą? Fizyczna? Skądże, to też część snu, to sen-noga. A ty sam? Twoje ciało? I wreszcie... twoje ja? To tylko senne-ja. Ty tam jesteś tylko postacią ze snu. Nie różnisz się niczym od innych sennych postaci.

Powiedz, czy kiedy mówisz „ja jestem”, kiedy jesteś świadom, to czy czujesz coś innego we śnie i na jawie? Nie. Zatem twoje ja na jawie, jest tym samym co twoje senne-ja. Jesteś snem! Zawsze.  Mieliśmy też dość ciężkie filozoficzne zagajenia odnośnie atrybutów jaźni, Stephen tylko zapowiedział, ale nie zdążył przeprowadzić (bowiem jutro nastał ów dzień, kiedy mieliśmy największą katastrofę podczas całego pobytu) dowodu, że gołe „ja” nie posiada żadnych indywidualnych cech. „Jesteśmy jak płatki śniegu, które rozpuszczają się po śmierci w oceanie”. Zaznaczmy, że Stephen jest zdeklarowanym ateuszem, po prostu mu tak w duszy gra. Sugestie, że świadomy sen to klucz do zrozumienia transcendencji - Rozwiąż dla X: Świadomy sen jest dla snu zwykłego tym, czym X dla normalnego stanu jawy (Oczywiście rozwiązanie jest trywialne, a równanie błędnie sformułowane. Niech czytelnik sam znajdzie błąd!). Trudno z tym wszystkim dyskutować, mogliśmy ujrzeć inne oblicze Stephena, który prezentował swoją filozofię. Od rygorystycznego, naukowego podejścia, gdzie bezlitośnie rozprawiliśmy się z ciałem astralnym i innymi fantasmagoriami, przez mniej uchwytne psychologiczne aspekty, doszliśmy do spraw, które są domeną teologii. I chociaż trudno Stephena w tej ostatniej dziedzinie uznać za autorytet, warto posłuchać.

Zacząłem dzień od końca, czyli od opisu sesji wieczornej. Przed południem mieliśmy opowieść Keelin o leczniczych snach. Było to ciekawe, bo nie chodzi o magiczne, leczące moce snów, lecz o transformację lęku o zdrowie drugiej osoby. „Będę miała leczniczy sen dla ciebie”, powiedziała przyjaciółce Keelin. Wyśniła cudowny sen, namalowała obraz z tego snu i wysłała chorej kobiecie. Obrazek ten wisiał na ścianie w szpitalu i dodawał przyjaciółce otuchy. Bardzo często czujemy się bezsilni, współcierpimy z naszymi bliskimi. Możemy spróbować przekształcić nasz lęk, wykorzystać energię tej emocji, by mieć leczniczy sen dla kogoś.

To powtórzona na inny sposób lekcja, która się przewijała przez cały warsztat. Na jawie czujemy lęk, strach, jesteśmy samotni - i nie zawsze umiemy sobie poradzić. Robimy wszystko by wspomóc swoich bliskich lub siebie, ale mimo to przykre emocje nas nie opuszczają. Z dużym prawdopodobieństwem będziemy o tym śnić, wykorzystajmy to. Ludzie posiadają zdolność zamiany zła w dobro, obawy o przyszłość w nadzieję na poprawę losu, lęku o bliskich w działanie ku ich szczęściu, samotności w chęć niesienia pomocy innym, poczucia odrzucenia w otwartość na obcych ludzi, może jeszcze bardziej odrzuconych niż my. Czasami czujemy się tak źle, że krzywdzimy sami siebie - a czy jest to nam do czegoś potrzebne? W swoich snach mamy chociaż możliwość zmiany swoich myśli, zmiany swojego nastawienia, możliwość bardzo namacalnej transformacji. Obrazek, wizja ze snu, wisiał w szpitalu i był pociechą dla przyjaciółki Keelin. Powinniśmy umieć być przyjaciółmi samych siebie, dawać sobie możliwość malowania radosnych i pełnych nadziei obrazów w snach. I nikt nie mówi, żeby porzucać jawę na rzecz snu! Po prostu - żeby i sny nam pomagały w szczęśliwym i harmonijnym życiu. Kiedy zrobiliśmy już wszystko co fizycznie można dla bliskiej osoby, możemy jeszcze dla niej śnić.

 

Snów umiarkowana ilość, zwłaszcza w porównaniu z nocą poprzednią. Najciekawszy, ładnie wyinkubowany, choć nieświadomy.

 

1) Jestem w swojej dzielnicy w Warszawie, zaczepia mnie dziewczyna. Myślę jednak, że jest zbyt śmiała i podchodzę do innej dziewczyny, siedzącej samotnie w piaskownicy. Obejmuję ją, i chcę z nią odlecieć. Wówczas wszystko wypełnia woda, lecę - bo trudno nazwać to pływaniem. Gdy natrafiam na przeszkodę, wznoszę się gwałtownie w górę. Lądujemy kilkaset metrów dalej, na dachu bloku.  Pytam dziewczynę o imię. Odpowiada: ERIS.

 

 Dzień dziewiąty, czyli jak rozgniewałem boginię ognia i co z tego wynikło.

 

 Dies irae, dies illa solvet saeclum in favilla!

A zaczęło się niewinnie. Sympatyczny gej-manager wręczył nam liście aloesu na ofiarę dla Pele. Wzięliśmy się za ręce i odprawiliśmy krótki rytuał. Miły homoś się modlił, a my odpowiadaliśmy po hawajsku nauczonym zwrotem.

Jechałem samochodem z Cezarem. Tutaj się zaczęła nasza przyjaźń, możemy się kłócić na forum europejskim, ale w niegościnnych Stanach trzeba się trzymać razem. Kiedy dotarliśmy do granicy zastygłej lawy, obaj zostawiliśmy aloes w samochodzie.

Przyrodzie potrzeba około dziesięciu lat, by na gołej płycie skalnej pojawiły się drzewka i krzewy. Pozostaje ona jednak długo niedostępna dla pojazdów kołowych. W skali trudności terenu, dostaje ona 9/10, jedynie trudniej byłoby się po lawie wspinać. Powierzchnie jest niczym szkło, i de facto jest szkłem. Na popękanym, nierównym terenie nietrudno o upadek, a każde podparcie grozi skaleczeniem. Tym groźniejszym, że w tropikalnym klimacie bardzo łatwo o zakażenie, w tym również śmiertelną sepsą. Czekał nas mniej więcej godzinny marsz od drogi do miejsca, gdzie lawa wpływała do oceanu, a w szczelinach można było dostrzec podziemną, ognistą rzekę. Cała podróż została tak zaplanowana, byśmy na miejsce dotarli już po zachodzie słońca, by w ciemności tym łatwiej podziwiać żar magmy.

Rozciągnięci w długą kolumnę, ruszyliśmy za przewodnikiem. Poza grupą śniących, była też grupa jogi, mieliśmy czworo przewodników. Droga do lawy była trudna, jednak spokojnie dotarliśmy do celu. Robiliśmy zdjęcia podczas marszu, na miejscu zatrzymaliśmy się na kilkadziesiąt minut.  W drogę powrotną ruszyliśmy w ciemnościach, rozpraszanych światłami naszych latarek. Wystarczyło, by dojrzeć drogę przed nami, lecz wszystko poza tym było morzem czerni. Był to pochmurny dzień, deszcz wisiał w powietrzu.

Już od samego początku pojawiły się głosy, że idziemy w złą stronę. Cezar, który jako jedyny miał kompas, mówił mi, że coś jest nie tak, poszedł - i nie on jedyny - zwrócić uwagę prowadzącemy grupę mężczyźnie. Potem wszyscy się zgadzali, że to bez wątpienia miły gej, zdolny zorganizować niezłą zabawę, ale na przewodnika się nie nadaje. To, i że chyba pali z dużo zielska. Później się okazało, że był przy lawie tylko raz, nigdy nie prowadził grupy. Podobnie było jak sądzę z innymi przewodnikami.

Kulminacyjnym punktem tej wycieczki był moment, kiedy zaczęliśmy zwrot o 180 stopni. Przez chwilę sądziłem, że nasz lider bierze kurs na światełka ariergardy, ale jednak mieliśmy szczęście. To była inna grupa. Zatrzymaliśmy się, by ustalić kierunek marszu. Łzy (powiedzmy, że śmiechu) wycisnęła mi z oczu następująca wymiana zdań:

Stephen (wskazując ręką): W tą stronę jest północ.

Dominick: Nie! Tam jest południe!

W końcu, metodą wyroczni delfickiej (to metoda, która zakłada, że w grupie ekspertów można osiągnąć optymalne rozwiązanie poprzez kolejne przybliżenia i odrzucenie skrajnych ocen), ustaliliśmy kierunek marszu. Chociaż może to tylko tak wyglądało, może wzorem amerykańskim był to demokratyczny wybór? Jako osoba nie posiadająca najmniejszej orientacji w terenie, nie zabierałem głosu. Jedyne co zrobiłem, to się zapoznałem z Ma'atą, która jako miejscowa miała niejakie pojęcie, co zrobić. Spodobało się jej, kiedy powiedziałem, że ona ma najprawdopodobniej największe szanse przeżycia i że będę się jej trzymał.

W każdym razie, ustaliwszy w którą stronę iść, podjęliśmy marsz. Wszyscy byli już głodni, spragnieni i źli. Zaczęło padać. Rozbilismy się na mniejsze grupki, jakoś wyszło, że Ma'ata i ja prowadziliśmy naszą. Zresztą to cud, że nikt się nie zgubił. Gordonowi wysiadła latarka, na dłuższą chwilę został sam w ciemnościach. Niewiele brakowało, by całkiem odpadł od grupy. Bob miał mniej szczęścia - upadł i skaleczył się mocno w rękę i głowę. Ja i ludzie blisko mnie nie mieliśmy pojęcia co się stało, usłyszeliśmy tylko wysoki okrzyk bólu. A zaraz potem wołanie o lekarza. Był to bardzo ponury moment.

 Wreszcie udało się dostrzec JEDYNĄ pozostawioną przez „przewodników” boję świetlną, a potem prowadziła nas łuna świateł pojazdów. Wszyscy dotarli do domu, tylko Bob odwiedził szpital, ale wyglądał rześko następnego dnia.

Koniec końców, wyprawa była przykładem jak nie należy urządzać takich wycieczek. Popełniono wszystkie możliwe błędy.

W Kalani czekała na nas zimna kolacja. Emocje opadły, i był to najbardziej rozgadany i wesoły posiłek ze wszystkich. Byliśmy jak dzieci, wykpiwające błędy nauczycieli, opowiadając różne „mądre” stwierdzenia naszych przewodników. Kilkoro z nas spotkało się potem w gorących wannach przy basenie. Umówiłem się z Cezarem i w ciemności jakiś kształt wziąłem z niego. „Czy to ty, mój przyjacielu?” -  spytałem i w tej chwili zrozumiałem, że to ktoś obcy. „Ups, przepraszam”. „Ale i tak jestem twoim przyjacielem”, dobiegł mnie męski głos z wilgotnej ciemności. Pozostałem jednak na werbalnej deklaracji przyjaźni.

Niebo nad Kalani było niesamowite, nawet w Hitachi, które jest raczej ciemną mieściną, nie ma tak spektakularnych gwiazd. Zaczynały się już meteory, których szczyt przypadł trzy dni później.

Tej nocy, a właściwie o świcie, miało miejsce jeszcze jedno miłe wydarzenie. Mieliśmy „the moment”, czyli Moment, razem z Kalem. Wspomniałem, że przerywaliśmy sen. Tym razem, zamiast czytać coś o snach, umówiłem się z młodym Hawajczykiem na prolucidową pogawędkę o piątej piętnaście.

 

Snów z tej nocy nie zapamiętałem, ale musiałyby być naprawdę niezwykłe, by przyćmić wydarzenia z jawy!

 

Dzień dziesiąty, czyli Stary Kontynent kontra barbaria oraz pożegnalne przyjęcie.

 

 Treść porannego wykładu streściłem już mniej więcej wcześniej. Kończyliśmy temat o radzeniu sobie z koszmarami. Jak zwykle omawiane były sny z poprzedniej nocy.

Dzień spędziłem na zakupach z Cezarem. Kupowaliśmy hawajskie koszulki, ja z poczucia obowiązku bardziej, większość pieniędzy wydałem na książki. Wyjechaliśmy na zakupy po lunchu, wróciliśmy akurat na kolację.

I akurat na imprezę. Zamiast wieczornej sesji było małe - alkoholowe – przyjęcie. Przed tym, w ramach krótkiego wykładu, Stephen czytał nam sufickie przypowieści i odpowiadał na pytania. Podczas zabawy rzuciłem luźną uwagę do Cezara, że picie wina z kubków plastikowych to barbarzyństwo. Okazało się, że ma w domu całą kolekcję kieliszków, do różnych gatunków alkoholi. Jednak co Europa, to Europa.

Grupa się wspaniale zintegrowała, z wyjątkiem jednej czy dwóch osób nie było nikogo, o kim bym nie mógł czegoś napisać. Mówiliśmy o bardzo osobistych sprawach, niekiedy poważnych problemach. Fatalna wycieczka do lawy też mocno nas zbliżyła. W czasie całego pobytu wymienialiśmy drobne prezenty. Pat rozdawał wszystkim kolekcję zdjęć z Kalani wypaloną na CD. Kale dał mi bilon amerykański, a ja dałem mu pięciojenową monetę (funkcjonuje jako talizman przynoszący szczęście). Mike podarował mi powieść „Iron Sunrise”, pod warunkiem, że przeczytam ją i wymienię z nim opinie. Z Ma'atą poużalaliśmy się nad smutną kondycją ludzkości, o tym, że ludzie wolą dogorywać na socjalu niż wziąć za siebie odpowiedzialność. To problem wśród rodowitych Hawajczyków. Cierpią na nadwagę, czas spędzają na plaży, żyjąc z opieki społecznej. Wiele się od uczestników warsztatów dowiedziałem, sporo z nich miała swoje własne doświadczenia ze świadomymi snami i innymi rzeczami, mniej lub bardziej związanymi z tematyką wykładów. Kale'a opinia o Hawajach – według niego wyspy to „power spot”, punkt mocy. Wszystko, co zostanie tutaj zasiane, wyrośnie w niesamowity sposób.

Impreza ciągnęła się potem - już prawie tradycyjnie - w basenie.

Moje sny tej nocy ulotniły się szybko.

Większość opuszczała ośrodek rano, ja zostałem jeszcze jeden dzień.

 

 Dzień jedenasty, a zarazem ostatni.

 

Rano - rozmawiałem trochę ze Stephenem o naszej współpracy. Zostawiłem mu REM Dreamer, czyli polską kopię (spiraconą, powiedzmy to choć raz otwarcie) Nova Dreamera. Wziąłem DreamLight. Zadałem parę ostatnich pytań, na które nie było wcześniej czasu.

Pojawił się Kale, oddał mi mangi, które dzień wcześniej kupiłem. Przeczytał przez noc i rano. Pożegnaliśmy się.

I wytracałem czas. Porządkowałem wspomnienia. Nie udało mi się w tej relacji zawrzeć wszystkiego, a moje notatki pełne są dziur. Na pewno któregoś dnia była wycieczka do basenu z morską wodą, ale nie ma po tym śladu w moich zapiskach. Na domiar złego już na samym początku straciłem rachubę dni, zgubiłem jeden dzień, być może efekt zmiany stref czasowych. Jedynie chronologii jestem pewien. Ilość wydarzeń była kolosalna, porcja wiedzy, jaką przekazał nam Stephen, Dominick i Keelin - ogromna. Do tego arcyciekawe rozmowy, które prowadziłem z innymi uczestnikami. Nie napisałem jak kąpałem się z karaluchem, ani jak żaby otaczały Kale, ani co to są Night Marchers... Nie pisnąłem ani słowem o tym, jak Stephen miał na zlecenie armii USA szkolić szpiegów psionicznych (psy-spy). O najciekawszych plotkach, przeżyciach, posądzeniach i wyznaniach nie wypada mi mówić. A naprawdę, jest o czym! Tak bardzo o czym, że zachęcam Czytelników, by kiedyś odwiedzili mnie, postawili piwo, bym potem mógł zwalić na alkohol mój długi jęzor, ale miał możliwość opowiedzenia wszystkiego. Te bez mała dwa tygodnie były fantastyczne!

 

Smutno opuszczać Hawaje! Okazało się jednak, że nie tak łatwo jest je opuścić...

 

Jeszcze ostatnia noc w Kalani.

 

1) Śnię o kobiecie spadającej wąskim tunelem. Obija się o ściany, uderzenia zdzierają z niej ubranie. Czuję ulgę, że nie trafia zbyt często na przeszkody, że jej upadek jest raczej swobodny.

 

Dzień dwunasty, czyli jak wciąż nie mogę wrócić do domu.

 

 Po raz kolejny Kalani uraczyło mnie swoją dobrą organizacją. Dziewczyna mająca mnie odwieźć na lotnisko, niczym Safona z towarzyszkami spoczywała na hamaku, dopóki po moim telefonie nie zainterweniował jeden z managerów. Pobiła rekord wyskakiwania z hamaczka. Ale wybaczyłem jej wszystko, bo okazało się, że była dwa lata w Japonii, wróciła trzy miesiące temu. Pogadaliśmy w drodze na lotnisko. Widać takie już Kalani jest, że kochasz i nienawidzisz zarazem.

Odlot z Hilo. Wszystkie parametry w normie. Problemy zaczęły się w Honolulu. Mój lot został odwołany z powodu awarii podwozia. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zwiedziłem miasto przez okna taksówki. W Mariocie na koszt linii lotniczych, powetowałem sobie dni prawie wegetariańskiego jedzenia stekiem i szaszłykiem z kurczaka. A to tylko dwa z dwunastu potraw, które były na moim stoliku. Koniec z racjonowanym jedzeniem! Na pewno jedząc mango i orzechy zgromadziłem wiele dodatniej karmy, z wielką przyjemnością sprowadziłem karmiczną energię do bardziej akceptowalnego, oscylującego przy zerze, poziomu.

Nie spałem dobrze. Ale to nie z przejedzenia, słowo.

O szóstej rano następnego dnia podstawiony autokar zabrał nas na lotnisko. Dalsza podróż przebiegła bez zakłóceń.

 

Epilog, czyli gwiazdy nigdy nie gasną.

 

W czasie dnia widzimy w górze tylko oślepiające słońce. Gwiazdy cały czas są na niebie, lecz ich słabe światło ginie w ulewie słonecznego blasku. Jeśli jednak wejdziemy do głębokiej studni, gdzie nie dociera światło słońca, możemy gwiazdy dostrzec.

Potrafimy odbierać wiele delikatnych bodźców, lecz w nawale sygnałów docierających z naszych pięciu zmysłów nie potrafimy ich zauważyć.

Nie trzeba wcale wchodzić do studni, by ujrzeć rozgwieżdżone niebo. Wystarczy poczekać na zachód słońca. „Wejście do studni” łączy jednak dwie niemożliwości - środek dnia i gwiazdy. Czyż to nie przypomina sprzeczności świadomego snu? Czy ktoś nieznający sztuczki ze studnią nie pukałby się w czoło, gdybyśmy mu powiedzieli, że o drugiej po południu można widzieć gwiazdy? Sny są subtelnymi obrazami, które dostrzegamy umysłem nieoślepionym przez splendor jawy. Czy przyglądanie się swoim snom jest równie bezowocne jak wpatrywanie w nocne niebo? Bezowocne?...

Gwiazda Polarna zawsze wskazuje północ.

O ile uboższe byłoby nasze życie, gdybyśmy budzili się wraz ze świtem i zasypiali o zmierzchu. Kpilibyśmy z nocnych Marków, przekonujących nas o wzorach ze świetlnych punktów. Pewnie kogoś mówiącego, że te punkty mogą wskazywać drogę, mielibyśmy za szaleńca.

Do jakich krain możemy dotrzeć nawigując podług snów?

 

Janusz Matkowski, grudzień 2006

 

O autorze:

 

Ma 26 lat, jest doktorantem Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych. Obecnie na stypendium rządu japońskiego, prowadzi badania świadomego śnienia na Uniwersytecie Ibaraki w Hitachi.



ˆˆˆ góra


Copyright © 2001-2013 Portal AstralDynamics, Wszelkie prawa zastrzeżone
Uwaga: Redakcja AD nie ponosi odpowiedzialności za opinie użytkowników przedstawione na forum.
Mapa strony, Ostatnio szukane, Powered by Vegan CMS, Pozycjonowanie stron, Design by halley
Liczba osób na czacie: - Wejdź na czat